Nie obyło się bez licytacji, nagle każdy był ekspertem od spania jak suseł, nonszalancko chwaląc się swoimi rekordami.
Błoga lekkość bytu
18 lutego 2026
Śpioch hobbysta
Nie obyło się bez licytacji, nagle każdy był ekspertem od spania jak suseł, nonszalancko chwaląc się swoimi rekordami.
01 stycznia 2026
Doroczny Limeryk Noworoczny
07 października 2025
Orły, sokoły, herosy...
Każdy człowiek to zupełnie inna powieść i wynik zbieżności różnych historii, okraszonych trzepotem niejednej pary motylich skrzydeł; bowiem nieustannie, bez względu na porę dnia, intencje i okoliczności wpływamy na losy innych, wzbogacając to perpetuum mobile jakim jest życie o cząstki naszych własnych historii...
Kiedy kilku pasażerów wyraźnie zbladło i wstrzymało oddech, zorientowałam się, że w moim kierunku powoli zmierza pani sprawdzająca bilety. Od razu wyciągnęłam z kieszeni telefon i przygotowałam kod QR, żeby mieć to całe sprawdzanie z głowy. W międzyczasie odpłynęłam w powleczone kirem myśli, ale tylko na chwilę, gdyż prędko uprzykrzyło mi się trzymanie w dłoni przyciężkiego smartfonu, i wówczas dotarło do mnie, że pani kobuch rozpłynęła się w powietrzu. Może jednak miałam zwidy...? Już miałam wepchnąć komórkę z powrotem do kurtki, gdy siedząca obok mnie, wyperfumowana niezwykle popularnym w okolicy zapachem dnia wczorajszego, poszarzała na twarzy od podtrzymywanego bezdechu kobieta, cichcem czmychnęła na najbliższym przystanku. - Czyli jednak gdzieś tu jest - pomyślałam i omiotłam wzrokiem wnętrze krótkiego i o tej porze niezatłoczonego jeszcze Solarisa. Zaiste, kontrolerka była całkiem blisko, przystanęła cicho nad jednym, raczej nie zwracającym na nią uwagi pasażerem, więc z początku pomyślałam, że może tylko zawiesiła sprawdzanie na czas obsługi kolejnego przystanku. Niebawem jednak okazało się, że ubrany od stóp do głów w markowe ciuchy, wyrośnięty - na oko około trzydziestki, może nieco starszy - byczek (ewidentnie fan Górnika Zabrze), z dawno niemodnym, acz świeżo przygolonym irokezem, jechał na gapę. Młodzian ów również "bohatersko" odmówił okazania dowodu tożsamości do wystawienia mandatu, tłumacząc, że akurat dziś nie ma go przy sobie. Wszystko wskazywało na to, iż myślał, że jak będzie ignorował panią kanar i zacznie przewijać posty na Instagramie dadzą mu spokój i pojedzie dalej, jednak to był dopiero początek widowiska. Kto wie, może - jak każdy trzylatek - myślał, że jak zamknie oczy, to zniknie? Trudno powiedzieć, ewidentnie nie on pierwszy w dzisiejszych czasach nie wie, co to honor i jakby mógł, to by schował głowę w piasek. "Gdzie ci mężczyźni" pytała przez wiele lat Dauta Rinn, po czym zmarła nie uzyskawszy odpowiedzi. "Nie ma to nie ma, po co drążyć temat?" - cytując klasyka zaczęłam układać odpowiedź na jej słynną piosnekę, zresztą może pani Rinn sama zaprzestałaby dociekań, gdyby tego dnia pojechała ze mną "kosą"? Z długoterminowych obserwacji wnoszę, że w dzisiejszych czasach coraz więcej mężczyzn ma jaja tylko na papierze, a jak "nie ma, to nie ma, po co drążyć temat".
Tymczasem akcja zaczęła nabierać tempa, Mozart z Rossinim mieliby dobre libretto na operę buffa "Fochy fircyka bez biletu". Autobus obsłużył jeszcze kilka przystanków, z pozoru wszystko wyglądało spokojnie, kiedy do kontrolerki pilnującej odpicowanego lansiarza raz po raz podchodzić zaczęła jej nieco młodsza koleżanka. Usłyszałam, że do akcji miała wkroczyć policja i nasz autobus raczej daleko już nie zajedzie. - Świetnie - pomyślałam retorycznie i obrzuciłam irokeza pełnym "wdzięczności" spojrzeniem. Już dawno obiecałam sobie nie denerwować się tym, nad czym nie mam kontroli, nie pozostało mi nic innego jak obserwować jak się z tej sytuacji koleś wygramoli. Nie trzeba było długo czekać, gdyż młodzian zaczął stroszyć piórka buchając coraz to większym niezadowoleniem, które w gwałtownym crescendo coraz intensywniej podkreślał raczej mało wyszukaną łaciną podwórkową, aż wreszcie wulgaryzm doszczętnie opanował jego żałosny monolog poco a poco furioso. W spektaklu rychło też pojawił się element choreografii, gdyż cwaniak fukając zaczął nagrywać panie rewizorki, chodzić nerwowo po pojeździe, kręcić się, wymachiwać rękami, a bluzgając zajrzał mi w oczy, najwyraźniej oczekując zrozumienia. Ziewnęłam. W tym kinie brakowało tylko chipsów i popcornu.
Oczekiwanie na przyjazd policji przedłużało się nieprzyjemnie, wkróce do jazgotów rozhisteryzowanego gogusia dołączył swoją melodię podstarzały pan, który rzekomo śpieszył się na pociąg do Bielska. Teraz w warstwie literackiej, pojawiły się bardziej wyrafinowane przekleństwa, wysłyszeć dało się karalne pogróżki nie tylko w stronę pań kontrolerek, ale i broniących koleżanek kierowcy. Wzburzony bielszczanin żądał od nich zwrotu pieniędzy za bilet kolejowy, jakby to oni byli źródłem całego problemu.
- Przypominamy, że to się wszystko nagrywa - oznajmił pan kierowca.
- I bardzo dobrze, bardzo dobrze - odpyskował mister Adidas, nie wiedzieć czemu nadal uważając, że jest ofiarą niesprawiedliwego systemu. Błysnął też znienacka swoim dowodem osobistym, kiedy próbował go ukryć w jakiejś głębszej kieszeni.
- Teraz tego nie wyciągej - doradził mu podstarzały kolega od pogróżek, również zadowolony, że wszystko się nagrywa. Ten jednak niebawem opuścił pojazd, z pasją kontynuując swoją arię bluzgów na zwenątrz.
- Jak jo żałuja, że żech sie nie kupiył piywa abo jako halba! - Znienacka odezwał się mistrz drugiego planu, cały czerwony na podpuchniętej twarzy - terozki siedza sam o suchym pysku, jak tyn ciul. - Dodał.
No cóż, człowiek próbuje dotrzeć na ostatnie pożegnanie, ale tego dnia to najwyraźniej w owym autobusie dział się dramat za dramatem.. Olać operę, wezwijcie Jaworowicz, kręćcie "Trudne sprawy"!
Gdy przyjechała policja, bohater dnia odburkiwał na pytania tak niezrozumiale, iż panu władzy z miejsca podskoczyło ciśnienie.
- Jeszcze raz pytam, co się tutaj dzieje, dlaczego pan sprawia kłopoty?! - powtórzył policjant, domagając się grzeczniejszej odpowiedzi.
- No co, jadę sobie spokojnie autobusem, BEZ biletu, a one się mnie czepiają - odpowiedział mięśniak, mimo wszystko wciąż z siebie zadowolony, a ja, niedowierzając w to, co słyszę już całkiem poważnie zaczęłam się zastanawiać kiedy pomyliłam drzwi, że dostałam się akurat do tego matrixu...
Nie przedłużając tej monty-pythonowskiej historii dodam, że ów autobus już nie pojechał dalej, trzeba było przesiąść się w następny. Wszystko, dzięki niefrasobliwości fircyka, który najwyraźniej uznał, że oryginalna ilość pasków w markowych dresach zwalnia go z zakupu biletu na przejazdy komunikacją miejską.
PS) Trzy dni później, gdy siedziałam zasłuchana w wykonania uczestników XIX Konkursu Chopinowskiego, poczułam znienacka nagły podmuch wiatru, który musnął mój policzek i natychmiast poderwał firankę do żwawego tańca. - Oho, czyżby przeciąg?! - podniosłam głowę zdziwiona; w końcu kto jak kto, ale moja miksująca właśnie ciasto mama zawsze pilnuje, żeby ich unikać, tym bardziej o tej porze roku. Od razu zerknęłam na okna i zorientowałam się, że wszystkie są szczelnie zamknięte. Spojrzawszy na wciąż falującą figlarnie firankę uśmiechnęłam się smutno. - A więc to Ty... - zadumawszy się pozdrowiłam Gościa w myślach. - Do zobaczenia w tym lepszym świecie, teraz odpoczywaj w pokoju - dodałam po chwili zamyślenia i podziękowałam za wyjątkowo subtelną, pożegnalną wizytę. Wówczas biała gardina opadła delikatnie i już więcej się nie poruszyła.
19 sierpnia 2025
Puszka Pandory
25 maja 2025
Jutra może nie być
Ponoć na łożu śmierci ludzie najbardziej żałują, że nie mieli odwagi częściej mówić "kocham cię" i być obecnymi dla tych którzy byli dla nich ważni. Cóż, lepiej to zrozumieć późno, niż w ogóle, ale z drugiej strony w obliczu ostateczności raczej nie ma już możliwości, aby zaniedbanie to naprawić. Niby wszyscy zdają sobie z tego sprawę jak ważna jest bliskość drugiego człowieka, a jednak często uważając, że nie jesteśmy jeszcze gotowi odkładamy miłość na później, przy czym zapominamy, że jutra może nie być. Ponoć to z miłości właśnie na koniec życia bedziemy rozliczani, dlaczego więc tak trudno ludziom dziś miłości sprostać?
Zawężając temat do meandrów miłości romantycznej, z obserwacji wnoszę, że za brak odwagi odpowiada nic innego, jak uparcie pielęgnowany w głowie strach, który - jak większość lęków - jest niczym innym, jak nastawioną z góry na porażkę, zwykłą, acz silną iluzją. Czasem ostrożność tłumaczy się nieudanym doświadczeniem rodziców, bądź wręcz niepowodzeniami całych generacji przodków; często bagatelizuje się swoją wartość zawczasu nawiając się na rzekomo pewne odepchnięcie i zranienie; niekiedy celebruje się ciężar szeregu własnych, pechowych doświadczeń. Niejednokrotnie bywa, że człowiek pozjadawszy wszystkie rozumy zakłada, że wszyscy przedstawiciele płci przeciwnej są "tacy sami", a zuchwałość ta częstokroć wynika i z nielicznych, lecz okrutnie bolesnych doświadczeń. Bez względu na źródło wymówek, ludzie potrafią zbudować arcytrudne do pokonania blokady i totalnie zaniechać podejmowanie kolejnych prób pracy nad miłością. Co ciekawe, ten sam zablokowany na romantyczną miłość człowiek ani myśli poddać się, kiedy ponosi porażki w innych dziedzinach i motywuje się, aż osiągnie swój cel.
- Weź, zaproś ją na kawę, spacer czy "coś" - kibicuję od dłuższego czasu zauroczonemu, serdecznemu koledze - przecież to nie musi być od razu randka - zachęcam.
- Na pewno odmówi - odpowiada przekonany, bawiąc się w jasnowidza. - Nie będę ryzykować.
- Skąd masz pewność? - Nie poddaję się. - Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz, może akurat ucieszy ją ruch z twojej strony?
- Lepiej nie. - Odpowiada smutny, ale zdecydowany, a przecież tyle może właśnie tracić..
Podobnie zaprzyjaźniona koleżanka:
- Prawie zemdlałam, jak "go" dziś spotkałam w windzie - mówi.
- Było trzeba mu omdleć prosto w ramiona - podpowiedziałam "na zaś".
- Co ty, przecież gdzie tam ja - wróży z fusów niedowierzania, że wszystko jest możliwe - wokół niego kręci się tyle pięknych dziewcząt... - dramatyzuje.
- Kobieto, a co, jeśli akurat ty jesteś dla niego tą najpiękniejszą? Głowa do góry, cyc do przodu i ruszaj do akcji - namawiałam do działania. - Powiadają, że nie ma nic złego w tym, aby dziewczyna wykonała pierwszy krok. Niektórzy faceci są bardzo nieśmiali, a niektórzy to zwykłe dupy wołowe i nie wiedzą jak ogarnąć temat, więc czasem wystarczy ich trochę zachęcić. - Peroruję. - Może on uważa, że u ciebie nie ma żadnych szans? Nie oczekuj, że będzie ci czytać w myślach. - Proszę, jaka mądra się zrobiłam. Mogę tak prawić godzinami.
- Lepiej powiedz jak mam się odkochać? - Pyta nieprzekonana.
- Kochana, żebym ja to wiedziała, to już dawno sama byłabym odkochana. - Odpowiadam kręcąc głową z dezaprobatą. - Osobiście może nie piję teraz szampana, ale nie moża powiedzieć, że nie zaryzykowałam bądź, że tego żałuję.
Z okazywaniem miłości nie zawsze było słabo. Myślę, iż warto wspomnieć kilka przykładów, które świadczą to tym, że nawet brak światłowodów i dzieląca odległość nie miały dla zakochanych znaczenia, co więcej trzeba przyznać, że panowie potrafili zaskakiwać kreatywnością. Ludwig van Beethoven do dziś urzeka długim listem, napisanym do swojej tajemniczej ukochanej, który rozpoczął uroczymi słowami: "Mój aniele, moje wszystko, moje drugie ja (...)". W elaborcie tym nie brakuje czułości. Dla porównania, na myśl nasuwają mi się udostępniane na platformach społecznościowych memy, z których wynika, że dziś szczytem finezji jest zdawkowe i jakże "poetyckie": "ruchasz się?". No cóż.
Często podkreśla się, że w Miłości nie słowa, a czyny mają znaczenie. Zgodnie z duchem tej idei niewątpliwie szedł Ojciec mojej szkolnej Przyjaciółki, który w ubiegłym stuleciu codziennie - przez pół roku - przmierzał PKS-em długie kilometry, aby chociaż przez chwilę pospacerować z Jej Mamą; tyle mu wystarczyło, aby się oświadczyć. W obecnych czasach natomiast często słyszę, że parę kilometrów i korki na ulicach są niepokonywalną przeszkodą, choć na szczęście nie dla wszystkich, gdyż pewien mój Kolega rzucił wszystko, by polecieć za swoją ukochaną do innego kraju, aby ją tam odnaleźć i bardzo skutecznie zawalczyć o wspólną przyszłość. Jak widać są jeszcze panowie, którzy mają jaja, równocześnie szkoda, iż jest wielu takich, którzy nie potrafią zebrać się na odwagę, aby zaprosić dziewczynę choćby do kina, nie ruszając się z tego samego miasta. Zostawmy to.
W obecnych czasach coraz częściej głośno mówi się o znaczeniu miłości własnej, zwracając uwagę, iż bez pokochania siebie najpierw niemożliwym jest, aby obdarzyć miłością kogoś innego. Zresztą, nawet słynne Przykazanie Miłości nakazuje nam miłować "bliźniego swego jak siebie samego", tym samym dość wyraźnie dając do zrozumienia, że z "pustego nie nalejesz". Trzeba zaznaczyć, że w kochaniu siebie nie chodzi o próżność, arogancję czy narcystyczny egoizm. Chodzi o zdrowy szacunek dla samego siebie.
Jeden z obserwatorów mojego Instagrama przysłał niedawno wiadomość, z której treścią trudno się nie zgodzić:
"Prawdziwa miłość nie pochodzi z pustki - pochodzi z przepełnienia.
To rodzaj miłości, która rozkwita tylko wtedy, gdy naprawdę nauczysz się kochać siebie, ze wszystkimi swoimi cieniami i światłem.
To miłość, która nie oczekuje niczego w zamian, ponieważ już czuje się cała.
Nie przytłacza, nie wymaga, ani nie kontroluje.
Po prostu jest.
Ta miłość to wolność.
Patrzy na drugą osobę i mówi:
"Kocham cię dokładnie takim, jakim jesteś. Nie dlatego, że mnie dopełniasz, ale dlatego, że ja już dopełniłem siebie".
Nauczyłem się, że kiedy miłość pochodzi z pełni, nie powstrzymuje cię - podnosi cię.
Nie rani - leczy.
Nie jest zależna - dzieli się.
I właśnie taką miłością postanowiłam żyć i dawać ją światu".
Osoba ta zaznaczyła, że to jej własne słowa, aczkowiek trudno nie skojarzyć ich z Joe Dispenzą, Lorną Byrne lub podobnymi mentorami, którzy podkreślają wagę miłości własnej i jej wpływ na relacje z bliźnimi. Obserwując ludzi w dzisiejszych czasach, gołym okiem widać, że zdecydowana większość nie widzi miłości w ten sposób. Tendencyjnym jest poszukiwanie aprobaty u drugiego człowieka, spodziewając się, że to on uzupełni deficyty miłości; mało kto rozumie, że bez kochania siebie zawsze będzie się czuło miłości niedosyt, a to raczej negatywnie odbija się na trwałości związków. Abstrahując od toksyczności takich relacji, osoba, od której oczekuje się ciągłego okazywania i udowadniania miłości raczej podda się przytłoczona ciężarem niekończących się żądań. Smutnym jest również uciekanie się do różnego rodzaju technik manipulacji. Miłość nie potrzebuje nieuczciwych gier, ani kontroli, nie ma nic wspólnego z obsesją i wymuszaniem. Jej podstawą jest zaufanie, bezpośredniość, wolność oraz uczciwość.
(...) Z niecierpliwością czekam na Twoje posty - a jestem wielkim, "warczącym" mężczyzną! - napisał kilka dni temu jeden z Nowych Znajomych. - Jestem pewien, że okazywanie miłości w coraz bardziej bezprawnym i pozbawionym miłości świecie wymaga odwagi. Zgaduję, że większość nawet nie wie, jak zareagować. (...) Mam szczerą nadzieję, że otrzymasz tyle dobroci, ile dajesz. (...) sprawiasz, że ludzie czują nadzieję. Dobre rzeczy wciąż się zdarzają!
Ergo, czy możecie wyobrazić sobie, jaki świat byłby piękny, gdyby cała ludzkość na miłość przeniosła swoją uwagę?
Zamykając powoli temat myślę, że warto również przypomnieć, iż miłość to nie desperacja, która boi się samotności na starość i popycha do podejmowania błędnych decyzji, na siłę próbując założyć rodzinę. Mam nadzieję oczywistym jest także, iż miłości obca jest zasada "oko za oko".
- Jak ci idzie poszukiwanie chłopaka? - swego czasu całkiem regularnie pytał Ktoś Zaprzyjaźniony, kto pojęcia nie miał o moim chronicznie okupowanym sercu.
- Codziennie z zapałem przetrząsam katalog Amazona, ale niestety nadal nie oferują tam ciekawego towaru - żartowałam z przekąsem. - Zresztą, nie ma się co łudzić, w moim wieku nie ma już wolnych facetów, ewentualnie rozwodnicy po dramatycznych przejściach, nieokiełznani nałogowcy i mniej lub bardziej kryptogeje - kwitowałam reasumując.
Śmiechy śmiechami, ale z całego serca kibicuję każdej miłości i mimo wszystko w Nią wierzę, bo ta "prawdziwa":
"(...) cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie jest bezwstydna,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
(...) Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
największa z nich jest miłość."
(1Kor, 13, 4-13)
Na koniec pozwolę sobie dodać, że miłość nie ocenia i nie znika nawet, kiedy trafia jej się "cymbał brzmiący". Zatem Kochani, nie bójcie się miłości, niech jej moc będzie zawsze z Wami! Wszak jutra może nie być.. ❤️
19 maja 2025
Oh, shit!
Uprzedzam, że poniższa relacja nie jest tekstem "do kotleta", zatem osoby spożywające właśnie jakiekolwiek pokarmy lub te bardziej wrażliwe w odbiorze treści gastrycznych uprasza się o natychmiastowe zaprzestanie czytania. Ową historię próbowałam opisać zabawnie, ale temat jest dość rzadki i śliski. Będzie więc obrzydliwie, może nawet wulgarnie, dlatego dziękuję za dobre chęci, ale tym razem nie jest to lektura dla Was. Bardziej elegancko tego wątku przedstawić się nie dało, tak, że pozdrawiam i dziękuję za uwagę.
A teraz do rzeczy.
Kiedy człowiek ma niewydolną trzustkę i doświadcza innych "atrakcji" związanych z dolnym odcinkiem przewodu pokarmowego, często dodatkowo musi się konfrontować z wieloma różnymi nieprzyjemnościami. Już mniejsza o brak zrozumienia osób niemających pojęcia z czym trzeba się zmagać na co dzień oraz ile ryzyka podejmuje się wychodząc z domu, gdyż widmo upokarzającego zawstydzenia śledzi każdy krok. Z empatią nie jest lepiej. Ludzie mają tendencję do oceniania innych przez pryzmat własnych doświadczeń i ani im w głowie "wkładanie czyichś butów", aby przynajmniej próbować zrozumieć daną sytuację, czy okazać choćby krzytynę wsparcia. Cóż, zostawmy to.
Na znieczulicę ludzką można się uodpornić. Chyba najbardziej upierdliwa w tym wszystkim jest konieczność dosłownego "drążenia tematu" i odwiedzania różnych ośrodków zdrowia celem wnikliwszej oceny problemu, który od dawna kwalifikuje się pod kryterium "never-ending story", a przymus ten odciska piętno na jakości - w zasadzie każdego - mojego urlopu. I tak tradycją stało się, że na okoliczność nieustannie rekonsultowanych kontrolnych konsultacji przechodzić muszę różne badania, z czego najmniej przyjemnym jest doroczny pojedynek z własnym organizmem celem przygotowania się do kolonoskopii, gdyż w przeciwieństwie do codziennych maratonów toaletowych ów bieg odbywa się na pełnym głodzie. Zanim do badania dojdzie należy wykonać kilka dodatkowych, rutynowych badań, aby anestezjolog ze spokojem mógł odpalić procedurę znieczulenia ogólnego. W tej kwestii nie jestem bohaterem, raz przeżywszy tę "radość na żywca" dziękuję za kolejne doznania. Z dodatkowych badań musiałam wykonać między innymi EKG, a tu spotkało mnie niemałe zaskoczenie, gdyż po wydrukowaniu wykresu przedstawiającego pracę mojego serca, pani pielęgniarka zapytała ile mam lat, a ja przyznawszy się do wieku wywołałam u niej szok.
- Ile??! - wrzasnęła oburzona.
Nie sądziłam, że jest tak źle, blado się uśmiechnęłam i dodałam niepewnie:
- Naprawdę nie mam więcej... - a pielęgniarka zaczęła się śmiać.
- Jakie więcej! Byłam przkonana, że pani powie przynajmniej 10 lat mniej.
Tym razem ja zaczęłam się śmiać. Kto by pomyślał, że zapłacę nie tylko za badanie, ale i za komplement.
- Wie pani, zwykle mówię połowę mniej, może to jest klucz do sukcesu. Powiadają, że wiek to tylko numerki, a najważniejszy jest stan umysłu.
- Dobry pomysł - powiedziała - też tak będę robić - skwitowała.
I na tym komplementy się skończyły, gdyż na dzień przed zaplanowaną kolonoskopią mój organizm stanął okoniem i po przyjęciu limonkowego "eliksiru" przeczyszczającego zamiast się dokumentnie wyczyścić, zastrajkował i zupełnie się zablokował. Nie wiem jak to jest w ogóle możliwe, ale może po prostu mając już po dziurki w nosie częstego gmerania we flakach powiedział "dość!" i uznał, że tym sposobem uniknie kolejnego grzebania? Niemniej na badanie było trzeba pójść i stawić czoła niezadowolonemu lekarzowi, ponieważ... dosłownie niemal tylko gówno widział, a ja pierwszy raz w życiu w gówno wywaliłam pieniądze. Koniec końców jest to nawet całkiem śmieszne. Z cyklu "always look on the bright side of life".
20 kwietnia 2025
Czas zmartwychwstać
Zapewne każdy z was doświadczył czasu, w którym z tygodnia na tydzień otrzymywał coraz gorsze wieści. Zapewne każdy, nawet ten, kto ma najbardziej optymistyczne spojrzenie na najbardziej gorzkie oblicze codzienności doświadczył mroku neutralizującego własny uśmiech. Cóż mogę rzec, taki czas przychodzi znienacka, czai się gdzieś w całkiem poukładanej rzeczywistości, aby w końcu bezczelnie zachwiać jej rytm. Powiadają, że balans w naturze musi być oraz aby w chwilach radości pamiętać o smutku, ale autentycznie ciężko mi zrozumieć, dlaczego w ramach złych doświadczeń musi nas spotykać od razu cała ich kumulacja?
To było kilka wyjątkowo trudnych tygodni, obfitujących w dość męczącą, ale ostatecznie przynoszącą dobre owoce rutynę. Mniej więcej w lutym dopadło mnie pierwsze przeczucie, że kończy się jakaś era i szczerze powiem, byłam przekonana, że dotyczyło ono mojej własnej drogi; aż nagle otrzymałam wiadomości o kolejnej, nieoczekiwanej śmierci, o której zapowiedzi miałam w zasadzie dużo wcześniej. Wiem jak to brzmi, ale mniejsza o szczegóły; człowiek znowu nie jest taki, żeby nie racjonalizował. Uznawszy, że rzeczone znaki oznaczają, iż osoba ta będzie długo żyła, doznałam naprawdę głębokiego szoku, kiedy okazało się, że jednak wzięła i odeszła. Uczestniczyłam zatem w przedłużającym się pożegnaniu na ile mogłam, szczególnie iż nie zawsze we wszystkim się zgadzaliśmy. Zobaczywszy Jego jaśniejącego ducha w pewien czwartek uśmiechnęłam się spokojna. Teraz mam już pewność, że trafił do właściwego wymiaru.
Tymczasem los nie dał mi odpocząć. W ubiegły poniedziałek, niemal z samego rana otrzymałam kolejną, druzgoczącą wiadomość; niestety tym razem bez żadnych znaków, wizji, niczego. Możliwe, że tym bardziej dlatego wstrząsnęła mną ta smutna historia, bo czasem "widzę", że ktoś w ogóle mi nieznany potrzebuje pomocy; nie rozumiem więc, dlaczego w tej sytuacji nie otrzymałam żadnego, choćby najmniejszego sygnału? Przecież tak długo się już znamy... Serce się kraje na myśl o tym, że tragedii doświadczył Ktoś, kto zawsze bezinteresowenie niósł pomoc innym, nie oczekując zupełnie niczego w zamian. Szczerze żałuję, że nie można przewinąć czasu, aby odwrócić ów okrutny wypadek. Trudno też powiedzieć jak daleko należałoby się cofnąć, aby odmienić zdarzenia owego poranka i choć refleksja nieugięcie przypomina:
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą (...)
z jakiegoś powodu zawsze przypominamy sobie o tym jak robi się za późno, a wszak może nie być jutra.
Fakt, czasem kochamy uparcie tych, co nam nawet jednej myśli nie poświęcają i preferują nas unikać, demonstrując raczej widoczny dystans, żeby nie powiedzieć chłodną niechęć. Z jednej strony wspaniale jest doświadczać momentu, kiedy nieoczekiwanie się na nas otwierają, zaiste rozbrajająco flirtując (nie powiem, przez moment tej wiosny prawie dałam się nabrać), jednakże z drugiej strony, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że właśnie z kimś innym się spotykają, już nie jest tak przyjemnie, prędko więc zaznałam uczucia rozbijanego na najdrobniejsze kawałki serca. Takie tortury przestają być słodkie i - o zgrozo! - tego rodzaju żałoba chyba dotknęła mnie najbardziej. Miłość miłością, ale ile można być masochistą? Czas zakończyć tortury, nawet, jeśli to jedynie samonapędzane nieuzasadnioną zazdrością urojone domysły. Zresztą - o naiwności.. - byłam pewna, że tę kwestię mam już za sobą, bo jeszcze pewnej styczniowej niedzieli zrozumiałam, że sama siebie ranię próbując się w ogóle do rzeczonego "Delikwenta" odezwać, a wówczas chciałam jedynie wyjaśnić drobne nieporozumienie. Doznałam wtedy zaiste bolesnego olśnienia widząc Jego gwałtowną reakcję jeszcze zanim zdążyłam zadać pytanie. Przecież to się nigdy nie zmieni, zawsze dla Niego będę non-grata - przeszło mi przez myśl i podłamana uznałam, że najrozsądniej będzie jak zupełnie się wycofam, prewencyjnie odizolowując od dalszych zranień. Święty czas pójść inną drogą, w końcu ile można próbować nawiązać dialog i walić głową w mur zamkniętego przede mną człowieka? Szło mi całkiem nieźle, aż tu bum! Bumerang! Decyzji jednak nie zmienię. Bądź wola Twoja powtarzam cicho w myślach i dziękuję za lekcję. W końcu to rozchodzę; niech się dzieje, jak Bóg zechce.
Ci, co mnie znają wiedzą, że nie jestem typem drama queen. Ba, wręcz stronię od wszelkich osób teatralnie buchających osobistą tragedią, jednak tym razem pod kumulującym się ciężarem pękłam i zamiast tłumić w sobie ból puściłam nieco pary.
- Wesołego Zmartwychwstania - ni z tego ni z owego napisał dziś kolega, z którym znamy się jedynie z wesołego imprezowania.
- Żebyś wiedział, że powoli zmartwychwstaję, choć może niekoniecznie wesoło - odpowiedziałam.
- Czyżby podłe biesiadowanie? - strzelił nietrafnie.
- Złamane serce - odparłam krótko.
- Bądź dzielna, trzymam za ciebie kciuki - dodał na pożegnanie, po czym kilka minut później zaskoczył mnie przyjemną niespodzianką.
- Dzwonisz?? W dodatku z kamerą?! - zagadałam zdziwiona do szeroko uśmiechniętej twarzy, która pojawiła się na ekranie mojego równie zdziwionego telefonu. Najwyraźniej brak makijażu nie robił na nim najmniejszego wrażenia, +10 do respektu.
- A jakże, dziewczyno, Święta mamy! Pomyślałem, że porwę cię na spacer i smaczne jedzonko, może na Howth? Co Ty na to? - Zamurowało mnie, tym bardziej, że kolega prowadził już samochód. Nie spodziewałam się tak miłej akcji ratunkowej, którą - z przyczyn rodzinnych - poprosiłam, aby przełożyć na inny termin; i choć na święte nigdy raczej, przyznać muszę, że zrobiło mi się cieplej na dziurze po sercu. Nie słowa, a czyny... powiadają i rzeczywiście, mają dużo racji, bo bezinteresownie okazana troska to najlepszy kompres w takiej sytuacji.
Chwilę później, zgodnie z planem świętowałam Wielkanoc w domowym gronie, dziękując Bogu nie tylko za tych, którzy siedzieli ze mną przy wielkanocnym stole, ale za wszystkich moich Bliskich. Wybrał mi najlepszych z możliwych ludzi, staram się dbać o to, aby Oni wiedzieli, że są dla mnie szczególni. Fakt, nie zawsze wszystko w życiu układa się jak byśmy tego sobie życzyli, nie mniej nie można się poddawać, trzeba iść do przodu. Szczerze wierzę, że nie kto inny, a właśnie Bóg ma dla mnie najlepsze z możliwych plany. Wesołego Alleluja! Niech Duch Święty zawsze Was prowadzi, czas na zmartwychwstanie! ❤️





