01 maja 2026

Jeden dzień mniej

Albert Schweitzer powiedział, że Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli, a ja śmiem twierdzić, że wcale nie jedyna, ponieważ to samo można powiedzieć o miłości, czy ogółem o dzieleniu się dobrem. Niby można założyć, że to z gruntu to samo, jednak często dzielący się miłością i dobrem niekoniecznie sami czują się szczęśliwi, a mimo to nic ich nie powstrzymuje od okazywania szczodrości, natomiast ich postawa znacznie może wpłynąć na wzrost poczucia szczęścia u osób miłością i dobrem obdarowanych. 

Niestety, w dzisiejszych czasach ludzie wolą dzielić się nienawiścią, czemu upust dają na wiele sposóbów, a przede wszystkim w nieokiełznanych komentarzach, bez zastanowienia i poczucia odpowiedzialności siejąc swój hejt we wszelakich internetowych zakamarkach, pomimo iż niejednokrotnie ich słowa doprowadzają do skutków nieodwracalnych, jakim jest plaga przedwczesnych zgonów, o zgrozo także wśród najmłodszych. Pozorna anonimowość powoduje, że ludzie czują się bezkarni wojując ostrzami słów, co jednak nie zwalnia nikogo z odpowiedzialności za wyrządzoną innym krzywdę. Zjawisko hejtu wcale nie jest czymś nowym, jednak w dobie Internetu szerzy się ono szybciej, niż dżuma. W 1967 roku Czesław Niemen zaśpiewał o tym na VI Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, a tekst piosenki zdecydowanie można uznać za ponadczasowy: 

Dziwny jest ten świat,
Gdzie jeszcze wciąż,
Mieści się wiele zła.
I dziwne jest to,
Że od tylu lat,
Człowiekiem gardzi człowiek.

Dziwny ten świat,
Świat ludzkich spraw,
Czasem, aż wstyd przyznać się.
A jednak często jest,
Że ktoś słowem złym,
Zabija tak - jak nożem (...).

Podobną moc rażenia do rozsiewanego w sieci hejtu ma plotka, którą ludzie kreują i rozprowadzają między sobą z przeróżnych pobudek. Jako - o dziwo - częsty obiekt plotek wnioskuję, że wynikają one z zazdrości, potrzeby dążenia "po trupach do celu", czasem służą do odwrócenia uwagi od nieuczciwych zachowań oraz czynów ich twórców, bywają tworzone dla zemsty, dążą do zepsucia reputacji osoby obgadywanej, a także służą do kontrolowania zachowań w grupie. Plotki zwykle dotyczą osób nieobecnych, ich życia prywatnego lub zawodowego; jest to twór koloryzowany lub całkowicie zmyślony. Często - zupełnie jak w głuchym telefonie - plotka ewoluuje w trakcie dalszego przekazywania. Z jakiegoś powodu ludzie lubią komentować życie innych bez najmniejszej i rzeczywistej znajomości tematu, zamiast skupić uwagę na swoim. Przykrym jest fakt, iż większość słuchaczy akceptuje plotkę jako wiarygodne źródło informacji, zamiast ją zweryfikować u źródła. Jeśli ktoś z Was nie był nigdy obiektem plotek, może nazwać się prawdziwym szczęściarzem, choć z drugiej strony może właśnie szczęściarzami są osoby obgadywane? W końcu jeśli się o nich tyle gada, to muszą być to osoby niezwykle ważne i nie byle jakie. Zastanawiając się nad potrzebą kreowania "opowieści dziwnych treści" o innych polecam iść za radą Fredrika Eklunda: Nie przejmuj się ludźmi, którzy gadają za twoimi plecami. Są za twoimi plecami nie bez powodu. Co nie zabije, to wzmocni, byleby faktycznie jednak nie zabiło...

Powiadają, iż Sokrates polecał wstępnie przesiać informację o kimś przez trzy sita: prawdy, dobroci i użyteczności. Jeśli nie jesteśmy pewni, że to, co mamy do powiedzenia o innych jest prawdą, czymś pozytywnym oraz przyniesie pożytek lub będzie w jakiś sposób pomocne, lepiej tego nie przekazywać dalej. Zawsze też dobrze jest spróbować włożyć czyjeś buty i poznać człowieka osobiście, niż pozwolić sobie narzucić złośliwe pogłoski i opinie wymyślone przez innych. Z punktu widzenia psychologii wiadomo, że obgadując innych nieświadomie mówimy o sobie, gdyż dokonujemy wówczas projekcji własnych zachowań, cech, uczuć lub pragnień, przypisując innym to, czego sami w sobie nie akceptujemy lub czego nie jesteśmy świadomi. Podsumowując, jest to mało elegancki mechanizm obronny mający na celu chronić ego obgadującego.

W ostatnim czasie moja wiara w ludzi zaczęła gwałtownie słabnąć, zaczęłam stronić od grup (niby w nich siła, szkoda, że nieraz destruktywna) i choć coraz sceptyczniej postrzegam kolejne zwrotki wspomnianej wyżej piosenki Niemena zgadzam się, co do jednego: 

(...) Nadszedł już czas,
Najwyższy czas,
Nienawiść zniszczyć w sobie.

Mimo wszystko w dzisiejszym świecie nadal nic bardziej mnie nie wzrusza, niż czułość, troska oraz pomoc okazywana innym, szczególnie, kiedy nikt nie patrzy. Zaiste, nie trzeba wiele, żeby komuś rozjaśnić dzień lub poprawić humor. Może, gdybyśmy uwiadomili sobie, że zegar tyka, czasu nam nieustannie ubywa, a każdy poranek to jeden dzień mniej do końca życia, przestalibyśmy marnować czas na egoizm, dumę, pychę, obrażanie, zagrywki "oko za oko", a skupilibyśmy się na tym aby szerzyć miłość, nieść pomoc, mnożyć szczęście i dzielić się dobrem


Tekst dedykuję tym, którzy zawsze są, choć nie mają po drodze i przecież wcale być nie muszą ❤️

Zdjęcie znalazłam na stronie Zamyślenie.pl.

30 marca 2026

Marchewkowe Archiwum X

Jakiś czas temu, moja współlokatorka przyszła do mnie podekscytowana i wyszczebiotała:
- Daj mi przepis na tę zupę! - Powiedziała. - Jest przepyszna!
- Jaką zupę? - Zapytałam  skołowana, bo akurat żadnej nie ugotowałam. 
- Tę z mięsem - odpowiedziała z iskrami w oczach, naprowadzając mnie na właściwy trop. - To naprawdę rewelacja!
- Poważnie? - Byłam zaskoczona, tym bardziej, iż wspomnianego dania sama jeszcze nie próbowałam.
- Koniecznie daj mi przepis! - Powtórzyła, a ja się roześmiałam.
- Obawiam się, że przepis nie istnieje, to była wielka improwizacja, ale skoro to takie dobre, to póki pamiętam zapiszę co tam zmieszałam - obiecałam i ubawiona doprecyzowałam, iż mimo wszystko nie była to zupa.

Niemniej jednak bardzo mnie ucieszyła wiadomość o moim nieoczekiwanym sukcesie kulinarnym i choć danie, o którym mówiła było według mojego zamysłu jedynie jednogarnkową potrawką z indyka, to fakt, z powodów zdrowotnych nie zagęszczałam sosu, a z braku miejsca w garnku nie dodałam do niego ziemniaków, co modyfikowało definicję posiłku do dania dwugarnkowego umożliwiając spożywanie go na wiele możliwości oraz sposobów; faktycznie, można je było zjeść nawet jako zupę. 

Jako, że człowiek znowu nie jest taki, żeby nie lubił sprawiać przyjemności zachwyconym głodomorom, w ubiegły czwartek obwieściłam koleżance, że w weekend spróbuję odtworzyć spontaniczną recepturę z moich niedawnych, kuchennych rewolucji, a ta zatarła ręce. Zakupiwszy w piątek mięso, chciałam je jedynie wstępnie przygotować, jednak jego zapach zasugerował, że nie powinnam zwlekać i chcąc je jeszcze uratować musiałam działać szybko. Było już bardzo późno, jednak proces na szczęście przebiegał sprawnie, aż zabrałam się za ostatni element układanki. Otóż krojąc w talarki kilka marchewek odkryłam, iż faktycznie, napis na opakowaniu nie kłamie i są one na wskroś organiczne, bo jedna z nich, do połowy zawierała ślady istot pełzających, powszechnie zwanych przez ludzkość robakami, a to skołoniło mnie do refleksji - czy jeśli fanatyczny weganin spożyje taką marchewkę, to przestaje być weganinem? Czy dręczą go potem wyrzuty sumienia?

Nie ma to jak być zmęczonym i zacząć dryfować po filozoficznym morzu etyki wegańskiej. Akurat wisiałam na telefonie, więc krótko obdyskutowałam temat z kolegą, przy okazji rozważyliśmy również wystąpienie potencjalnych rozstępów wewnętrznych interesująco podziurawionego w środku warzywa, a także marchewkowe przetoki, które - na szczęście dla marchewki - nie wykazywały żadnych oznak stanu zapalnego i obyło się bez daleszego pobrania wycinków do marchewkowej histopatologii. Następnie upewniwszy się, że w zasięgu mojego wzroku nie widać żadnych istot bardziej żywych niż sama marchewka i - na nieszczęście dla marchewki - wrzuciłam wszystkie plasterki do garnka, równocześnie zastanawiając się, czy wkrótce wypłynie na wierzch jakiś nadprogramowy partyzant. 

Po zagotowaniu zmniejszyłam ogień, aby indyk się mógł dusić w atmosferze zasłużonego relaksu i wieczornej refleksji, i na moment zupełnie zapomniałam o tajemniczej, dziurawej marchewce. Kiedy jednak przyszłam zamieszać bulgoczącą potrawkę, delektując się iście wiosennymi kolorami, zauważyłam mnożące się na powierzchni czarne, około półcentymetrowe, czarne kreseczki. Co tu robi kminek - pomyślałam, po czym oczy niemal nie wyszły mi z orbit, ponieważ nie wrzucałam żadnych przypraw! Nie dam się tym robalom - ze zmęczenia ledwie widziałam na oczy, ale zdecydowałam się wszystkie wyłowić. - Przecież nie wyrzucę całego jedzenia z powodu tych cienkich kreseczek! Nie zdołałam ocenić, czy to jakieś mikroślimaczki, czy jedynie chude glizdki. Byłam zaskoczona ich kolorem i zastanawiałam się jak te paskudztwa w takiej ilości zdołały się ukryć w kawałku marchewki; polowałam na dziadostwo uparcie, aż w zasięgu wzroku nie pływała już żadna, podejrzana kreseczka. 
Na wszelki wypadek następnego dnia sprawdziłam, czy czegoś nie przeoczyłam. Teren wyglądał na czysty, więc odetchnęłam z ulgą. Na obiad tego dnia planowałam zjeść ostatni kawałek duszonej karkówki i uznałam, że sos, jaki zostanie - dla odmiany - doleję do dania z indyka, wszak nic nie może się zmarnować. Tutaj muszę zdradzić, że to właśnie sos własny z karkówki jest jednym z bazowych składników mojego improwizowanego przepisu. Przelawszy tłuszcz do garnka z duszonym drobiem przeraziłam się nie na żarty. Oto moim oczom ukazało się znowu morze czarnych, półcentymentrowych kreseczek. No nie! Jak ja teraz rozróżnię czy to robal, czy tymianek?! Na krótki czas zmroziło mnie i ręce mi opadły, po czym mnie olśniło i złapałam się za głowę. Tymianek!!! Przez ten cały czas uparcie wyławiałam tymianek, który dodałam do karkówkowej marynaty... 

Zaiste, "błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z własnej głupoty, albowiem będą mieć ubaw do końca życia”.


18 lutego 2026

Śpioch hobbysta

Niedawno zapytano mnie, czy jest jakaś dyscyplina sportowa, w której mogłabym się zwycięsko zaprezentować na zimowych igrzyskach. Przeanalizowawszy prędko moje wybitne zdolności narciarskie, fikuśne upadki oraz talent do jeżdżenia przodem w kółko po lodowisku odpowiedziałam zdecydowanie:
- Sen zimowy! Ba - dodałam - kto wie, czy nie zakwalifikowałabym się do konkurencji z artystycznym chrapaniem! Jednak tutaj musiałabym zasięgnąć opinii personalnego trenera, a ponieważ trenuję samodzielnie, nie mam w tej kwestii żadnej wiarygodnej informacji zwrotnej; sam Morfeusz milczy jak zaklęty.
Nie obyło się bez licytacji, nagle każdy był ekspertem od spania jak suseł, nonszalancko chwaląc się swoimi rekordami.
- Co wy tam wiecie o długim spaniu - przekomarzałam się zarozumiale - jeśli chodzi o to, bezsprzecznie jestem niedoścignionym mistrzem! W końcu w przeszłości zdarzyło mi się spać cięgiem ponad piętnaście godzin, a w szpitalnych okolicznościach przesypiałam całe dnie, z małymi, wymuszonymi przerwami na doczołganie się do toalety. 
Tak między nami, to wychodzę z założenia, że powinnam urodzić się niedźwiedziem, dzięki czemu zgodnie z rytmem dyktowanym przez naturę zapadałabym w regularny, legalny, błogi sen zimowy. Owszem, bycie człowiekiem ma też jakieś tam swoje dobre strony, bo w końcu na jawie mam o wiele więcej zainteresowań, które skutecznie chronią mnie przed życiową nudą, jednak od dziecka śpiochowe hobby zgłębiam wytrwale i zaiste, jestem bardzo marudna, kiedy dobrze się nie wyśpię. 

Cóż, czasem ogarnia mnie taka autentyczna niemoc, że bez względu na porę dnia w kółko bym spała i spała, bądź po prostu bezwiednie zapadam w serię przerywanych drzemek tłumacząc sobie, że za chwilę na pewno wstanę i coś porobię. Trochę to trwa zanim skojarzę, że znowu bardziej niż zwykle spadło mi ciśnienie, a pomiar natychmiast potwierdza owo przypuszczenie, wykluczając patologiczne lenistwo. Gdy podzieliłam się wynikiem najnowszego odczytu z moim prywatnym Klubem spod Ciśnieniomierza, od razu posypały się złote rady: 
- Kawę wypij - napisał Tomek, choć na kawę było już zbyt późno.
- Wyjdź za mąż... Mąż zadba o wysokie ciśnienie - niekoniecznie zażartował znający się na rzeczy Paweł.
- Myślałam, że mi dobrze życzysz - mimo wszystko jego pomysł bardzo mnie rozbawił.
- Nie inaczej - kuzyn nie ustępował, lecz ja przyznaję, że chyba jednak wolę kontynuować słodkie spanie.

Niestety, zdarzają się i sytuacje, w których zasnąć nie potrafię. Choć są to incydenty raczej rzadkie, to irytują mnie najbardziej; szczególnie kiedy moje ciało i umysł są na wskroś przemęczone i potrzebują odpocząć bardziej, niż desperacko. Wtedy na nic zdaje się mocniejsze zaciskanie powiek, różne (zwykle działające) ćwiczenia oddechowe, czy uspokajające medytacje... Tak też przydarzyło mi się ostatnio, przy czym w ramach kumulacji, po długiej przerwie od podobnych przygód próbował mnie dopaść dodatkowo paraliż senny; kto doświadczył wizyt zmor nocnych ten wie, że jest to nic przyjemnego. Osobiście nauczyłam się wychodzić z takich stanów upiornych halucynacji szybko, bez strachu i nadmiernego szarpania w bezwładnym wówczas ciele. Zresztą, jeśli pamięć mnie nie myli, opisywałam tu na blogu przynajmniej jedno takie zdarzenie, kiedy łażącego po mnie w kółko demona zaskoczyłam wołając "mam cię!", po czym spławiłam go krótką modlitwą. Ostatnio jednak byłam tak zdenerwowana faktem niezasypiania, że jak tylko usłyszałam charakterystyczną muzykę i poczułam zbliżającą się przytłaczającą, mroczną energię, bez zastanowienia fuknęłam na zjawę: "spierdzielaj mi stąd!", a ta o dziwo posłuchała i zniknęła w oka mgnieniu. Mimo to tamtej nocy nie było mi dane zbyt dużo pospać. Odpłynęłam na chwilę dopiero, gdy zanurzyłam się w kojącym wspomnieniu o pewnym niezwykle przyjemnym przytuleniu, lecz - o zgrozo - chwilę później nieustępliwy budzik wyrwał mnie z kojących ramion wrzeszcząc, że nadszeszła pora na podbudkę..

Nie da się ukryć, że nawet śpioch hobbysta czasem ma pod górkę i musi się pomęczyć, zanim wreszcie sięgnie po wymarzone złoto olimpijskie. W końcu to niepowodzenia najlepiej pokazują, w których obszarach należy jeszcze popracować, by ostatecznie doszlifować własną maestrię bez względu na dziedzinę. Zdecydowanie nie wolno się zrażać i frajersko poddawać – wszak inaczej nie ma mowy o żadnym postępie. Na szczęście rozwojowi mojej pasji sprzyja iście niedźwiedzie usposobienie; bo to, co misie lubią najbardziej, to przyjemne przytulanie i smaczne spanie, choć osobiście wolałabym zasypiać w innych ramionach niż tych Morfeusza.



01 stycznia 2026

Doroczny Limeryk Noworoczny

***Limeryk noworocznego autsajdera*** Plan na wieczór miałam, Idźcie, a sio! - wołałam. Na szczęście nie posłuchali I do tańca porwali, "Do siego" wołali.