Albert Schweitzer powiedział, że Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli, a ja śmiem twierdzić, że wcale nie jedyna, ponieważ to samo można powiedzieć o miłości, czy ogółem o dzieleniu się dobrem. Niby można założyć, że to z gruntu to samo, jednak często dzielący się miłością i dobrem niekoniecznie sami czują się szczęśliwi, a mimo to nic ich nie powstrzymuje od okazywania szczodrości, natomiast ich postawa znacznie może wpłynąć na wzrost poczucia szczęścia u osób miłością i dobrem obdarowanych.
Niestety, w dzisiejszych czasach ludzie wolą dzielić się nienawiścią, czemu upust dają na wiele sposóbów, a przede wszystkim w nieokiełznanych komentarzach, bez zastanowienia i poczucia odpowiedzialności siejąc swój hejt we wszelakich internetowych zakamarkach, pomimo iż niejednokrotnie ich słowa doprowadzają do skutków nieodwracalnych, jakim jest plaga przedwczesnych zgonów, o zgrozo także wśród najmłodszych. Pozorna anonimowość powoduje, że ludzie czują się bezkarni wojując ostrzami słów, co jednak nie zwalnia nikogo z odpowiedzialności za wyrządzoną innym krzywdę. Zjawisko hejtu wcale nie jest czymś nowym, jednak w dobie Internetu szerzy się ono szybciej, niż dżuma. W 1967 roku Czesław Niemen zaśpiewał o tym na VI Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, a tekst piosenki zdecydowanie można uznać za ponadczasowy:
Dziwny jest ten świat,
Gdzie jeszcze wciąż,
Mieści się wiele zła.
I dziwne jest to,
Że od tylu lat,
Człowiekiem gardzi człowiek.
Dziwny ten świat,
Świat ludzkich spraw,
Czasem, aż wstyd przyznać się.
A jednak często jest,
Że ktoś słowem złym,
Zabija tak - jak nożem (...).
Podobną moc rażenia do rozsiewanego w sieci hejtu ma plotka, którą ludzie kreują i rozprowadzają między sobą z przeróżnych pobudek. Jako - o dziwo - częsty obiekt plotek wnioskuję, że wynikają one z zazdrości, potrzeby dążenia "po trupach do celu", czasem służą do odwrócenia uwagi od nieuczciwych zachowań oraz czynów ich twórców, bywają tworzone dla zemsty, dążą do zepsucia reputacji osoby obgadywanej, a także służą do kontrolowania zachowań w grupie. Plotki zwykle dotyczą osób nieobecnych, ich życia prywatnego lub zawodowego; jest to twór koloryzowany lub całkowicie zmyślony. Często - zupełnie jak w głuchym telefonie - plotka ewoluuje w trakcie dalszego przekazywania. Z jakiegoś powodu ludzie lubią komentować życie innych bez najmniejszej i rzeczywistej znajomości tematu, zamiast skupić uwagę na swoim. Przykrym jest fakt, iż większość słuchaczy akceptuje plotkę jako wiarygodne źródło informacji, zamiast ją zweryfikować u źródła. Jeśli ktoś z Was nie był nigdy obiektem plotek, może nazwać się prawdziwym szczęściarzem, choć z drugiej strony może właśnie szczęściarzami są osoby obgadywane? W końcu jeśli się o nich tyle gada, to muszą być to osoby niezwykle ważne i nie byle jakie. Zastanawiając się nad potrzebą kreowania "opowieści dziwnych treści" o innych polecam iść za radą Fredrika Eklunda: Nie przejmuj się ludźmi, którzy gadają za twoimi plecami. Są za twoimi plecami nie bez powodu. Co nie zabije, to wzmocni, byleby faktycznie jednak nie zabiło...
Powiadają, iż Sokrates polecał wstępnie przesiać informację o kimś przez trzy sita: prawdy, dobroci i użyteczności. Jeśli nie jesteśmy pewni, że to, co mamy do powiedzenia o innych jest prawdą, czymś pozytywnym oraz przyniesie pożytek lub będzie w jakiś sposób pomocne, lepiej tego nie przekazywać dalej. Zawsze też dobrze jest spróbować włożyć czyjeś buty i poznać człowieka osobiście, niż pozwolić sobie narzucić złośliwe pogłoski i opinie wymyślone przez innych. Z punktu widzenia psychologii wiadomo, że obgadując innych nieświadomie mówimy o sobie, gdyż dokonujemy wówczas projekcji własnych zachowań, cech, uczuć lub pragnień, przypisując innym to, czego sami w sobie nie akceptujemy lub czego nie jesteśmy świadomi. Podsumowując, jest to mało elegancki mechanizm obronny mający na celu chronić ego obgadującego.
W ostatnim czasie moja wiara w ludzi zaczęła gwałtownie słabnąć, zaczęłam stronić od grup (niby w nich siła, szkoda, że nieraz destruktywna) i choć coraz sceptyczniej postrzegam kolejne zwrotki wspomnianej wyżej piosenki Niemena zgadzam się, co do jednego:
(...) Nadszedł już czas,
Najwyższy czas,
Nienawiść zniszczyć w sobie.
Mimo wszystko w dzisiejszym świecie nadal nic bardziej mnie nie wzrusza, niż czułość, troska oraz pomoc okazywana innym, szczególnie, kiedy nikt nie patrzy. Zaiste, nie trzeba wiele, żeby komuś rozjaśnić dzień lub poprawić humor. Może, gdybyśmy uwiadomili sobie, że zegar tyka, czasu nam nieustannie ubywa, a każdy poranek to jeden dzień mniej do końca życia, przestalibyśmy marnować czas na egoizm, dumę, pychę, obrażanie, zagrywki "oko za oko", a skupilibyśmy się na tym aby szerzyć miłość, nieść pomoc, mnożyć szczęście i dzielić się dobrem?
Tekst dedykuję tym, którzy zawsze są, choć nie mają po drodze i przecież wcale być nie muszą ❤️
Jakiś czas temu, moja współlokatorka przyszła do mnie podekscytowana i wyszczebiotała:
- Daj mi przepis na tę zupę! - Powiedziała. - Jest przepyszna!
- Jaką zupę? - Zapytałam skołowana, bo akurat żadnej nie ugotowałam.
- Tę z mięsem - odpowiedziała z iskrami w oczach, naprowadzając mnie na właściwy trop. - To naprawdę rewelacja! - Poważnie? - Byłam zaskoczona, tym bardziej, iż wspomnianego dania sama jeszcze nie próbowałam. - Koniecznie daj mi przepis! - Powtórzyła, a ja się roześmiałam. - Obawiam się, że przepis nie istnieje, to była wielka improwizacja, ale skoro to takie dobre, to póki pamiętam zapiszę co tam zmieszałam - obiecałam i ubawiona doprecyzowałam, iż mimo wszystko nie była to zupa.
Niemniej jednak bardzo mnie ucieszyła wiadomość o moim nieoczekiwanym sukcesie kulinarnym i choć danie, o którym mówiła było według mojego zamysłu jedynie jednogarnkową potrawką z indyka, to fakt, z powodów zdrowotnych nie zagęszczałam sosu, a z braku miejsca w garnku nie dodałam do niego ziemniaków, co modyfikowało definicję posiłku do dania dwugarnkowego umożliwiając spożywanie go na wiele możliwości oraz sposobów; faktycznie, można je było zjeść nawet jako zupę.
Jako, że człowiek znowu nie jest taki, żeby nie lubił sprawiać przyjemności zachwyconym głodomorom, w ubiegły czwartek obwieściłam koleżance, że w weekend spróbuję odtworzyć spontaniczną recepturę z moich niedawnych, kuchennych rewolucji, a ta zatarła ręce. Zakupiwszy w piątek mięso, chciałam je jedynie wstępnie przygotować, jednak jego zapach zasugerował, że nie powinnam zwlekać i chcąc je jeszcze uratować musiałam działać szybko. Było już bardzo późno, jednak proces na szczęście przebiegał sprawnie, aż zabrałam się za ostatni element układanki. Otóż krojąc w talarki kilka marchewek odkryłam, iż faktycznie, napis na opakowaniu nie kłamie i są one na wskroś organiczne, bo jedna z nich, do połowy zawierała ślady istot pełzających, powszechnie zwanych przez ludzkość robakami, a to skołoniło mnie do refleksji - czy jeśli fanatyczny weganin spożyje taką marchewkę, to przestaje być weganinem? Czy dręczą go potem wyrzuty sumienia?
Nie ma to jak być zmęczonym i zacząć dryfować po filozoficznym morzu etyki wegańskiej. Akurat wisiałam na telefonie, więc krótko obdyskutowałam temat z kolegą, przy okazji rozważyliśmy również wystąpienie potencjalnych rozstępów wewnętrznych interesująco podziurawionego w środku warzywa, a także marchewkowe przetoki, które - na szczęście dla marchewki - nie wykazywały żadnych oznak stanu zapalnego i obyło się bez daleszego pobrania wycinków do marchewkowej histopatologii. Następnie upewniwszy się, że w zasięgu mojego wzroku nie widać żadnych istot bardziej żywych niż sama marchewka i - na nieszczęście dla marchewki - wrzuciłam wszystkie plasterki do garnka, równocześnie zastanawiając się, czy wkrótce wypłynie na wierzch jakiś nadprogramowy partyzant.
Po zagotowaniu zmniejszyłam ogień, aby indyk się mógł dusić w atmosferze zasłużonego relaksu i wieczornej refleksji, i na moment zupełnie zapomniałam o tajemniczej, dziurawej marchewce. Kiedy jednak przyszłam zamieszać bulgoczącą potrawkę, delektując się iście wiosennymi kolorami, zauważyłam mnożące się na powierzchni czarne, około półcentymetrowe, czarne kreseczki. Co tu robi kminek - pomyślałam, po czym oczy niemal nie wyszły mi z orbit, ponieważ nie wrzucałam żadnych przypraw! Nie dam się tym robalom - ze zmęczenia ledwie widziałam na oczy, ale zdecydowałam się wszystkie wyłowić. - Przecież nie wyrzucę całego jedzenia z powodu tych cienkich kreseczek! Nie zdołałam ocenić, czy to jakieś mikroślimaczki, czy jedynie chude glizdki. Byłam zaskoczona ich kolorem i zastanawiałam się jak te paskudztwa w takiej ilości zdołały się ukryć w kawałku marchewki; polowałam na dziadostwo uparcie, aż w zasięgu wzroku nie pływała już żadna, podejrzana kreseczka. Na wszelki wypadek następnego dnia sprawdziłam, czy czegoś nie przeoczyłam. Teren wyglądał na czysty, więc odetchnęłam z ulgą. Na obiad tego dnia planowałam zjeść ostatni kawałek duszonej karkówki i uznałam, że sos, jaki zostanie - dla odmiany - doleję do dania z indyka, wszak nic nie może się zmarnować. Tutaj muszę zdradzić, że to właśnie sos własny z karkówki jest jednym z bazowych składników mojego improwizowanego przepisu. Przelawszy tłuszcz do garnka z duszonym drobiem przeraziłam się nie na żarty. Oto moim oczom ukazało się znowu morze czarnych, półcentymentrowych kreseczek. No nie! Jak ja teraz rozróżnię czy to robal, czy tymianek?! Na krótki czas zmroziło mnie i ręce mi opadły, po czym mnie olśniło i złapałam się za głowę. Tymianek!!! Przez ten cały czas uparcie wyławiałam tymianek, który dodałam do karkówkowej marynaty...
Zaiste, "błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z własnej głupoty, albowiem będą mieć ubaw do końca życia”.
Niedawno zapytano mnie, czy jest jakaś dyscyplina sportowa, w której mogłabym się zwycięsko zaprezentować na zimowych igrzyskach. Przeanalizowawszy prędko moje wybitne zdolności narciarskie, fikuśne upadki oraz talent do jeżdżenia przodem w kółko po lodowisku odpowiedziałam zdecydowanie:
- Sen zimowy! Ba - dodałam - kto wie, czy nie zakwalifikowałabym się do konkurencji z artystycznym chrapaniem! Jednak tutaj musiałabym zasięgnąć opinii personalnego trenera, a ponieważ trenuję samodzielnie, nie mam w tej kwestii żadnej wiarygodnej informacji zwrotnej; sam Morfeusz milczy jak zaklęty. Nie obyło się bez licytacji, nagle każdy był ekspertem od spania jak suseł, nonszalancko chwaląc się swoimi rekordami.
- Co wy tam wiecie o długim spaniu - przekomarzałam się zarozumiale - jeśli chodzi o to, bezsprzecznie jestem niedoścignionym mistrzem! W końcu w przeszłości zdarzyło mi się spać cięgiem ponad piętnaście godzin, a w szpitalnych okolicznościach przesypiałam całe dnie, z małymi, wymuszonymi przerwami na doczołganie się do toalety.
Tak między nami, to wychodzę z założenia, że powinnam urodzić się niedźwiedziem, dzięki czemu zgodnie z rytmem dyktowanym przez naturę zapadałabym w regularny, legalny, błogi sen zimowy. Owszem, bycie człowiekiem ma też jakieś tam swoje dobre strony, bo w końcu na jawie mam o wiele więcej zainteresowań, które skutecznie chronią mnie przed życiową nudą, jednak od dziecka śpiochowe hobby zgłębiam wytrwale i zaiste, jestem bardzo marudna, kiedy dobrze się nie wyśpię.
Cóż, czasem ogarnia mnie taka autentyczna niemoc, że bez względu na porę dnia w kółko bym spała i spała, bądź po prostu bezwiednie zapadam w serię przerywanych drzemek tłumacząc sobie, że za chwilę na pewno wstanę i coś porobię. Trochę to trwa zanim skojarzę, że znowu bardziej niż zwykle spadło mi ciśnienie, a pomiar natychmiast potwierdza owo przypuszczenie, wykluczając patologiczne lenistwo. Gdy podzieliłam się wynikiem najnowszego odczytu z moim prywatnym Klubem spod Ciśnieniomierza, od razu posypały się złote rady:
- Kawę wypij - napisał Tomek, choć na kawę było już zbyt późno.
- Wyjdź za mąż... Mąż zadba o wysokie ciśnienie - niekoniecznie zażartował znający się na rzeczy Paweł.
- Myślałam, że mi dobrze życzysz - mimo wszystko jego pomysł bardzo mnie rozbawił.
- Nie inaczej - kuzyn nie ustępował, lecz ja przyznaję, że chyba jednak wolę kontynuować słodkie spanie.
Niestety, zdarzają się i sytuacje, w których zasnąć nie potrafię. Choć są to incydenty raczej rzadkie, to irytują mnie najbardziej; szczególnie kiedy moje ciało i umysł są na wskroś przemęczone i potrzebują odpocząć bardziej, niż desperacko. Wtedy na nic zdaje się mocniejsze zaciskanie powiek, różne (zwykle działające) ćwiczenia oddechowe, czy uspokajające medytacje... Tak też przydarzyło mi się ostatnio, przy czym w ramach kumulacji, po długiej przerwie od podobnych przygód próbował mnie dopaść dodatkowo paraliż senny; kto doświadczył wizyt zmor nocnych ten wie, że jest to nic przyjemnego. Osobiście nauczyłam się wychodzić z takich stanów upiornych halucynacji szybko, bez strachu i nadmiernego szarpania w bezwładnym wówczas ciele. Zresztą, jeśli pamięć mnie nie myli, opisywałam tu na blogu przynajmniej jedno takie zdarzenie, kiedy łażącego po mnie w kółko demona zaskoczyłam wołając "mam cię!", po czym spławiłam go krótką modlitwą. Ostatnio jednak byłam tak zdenerwowana faktem niezasypiania, że jak tylko usłyszałam charakterystyczną muzykę i poczułam zbliżającą się przytłaczającą, mroczną energię, bez zastanowienia fuknęłam na zjawę: "spierdzielaj mi stąd!", a ta o dziwo posłuchała i zniknęła w oka mgnieniu. Mimo to tamtej nocy nie było mi dane zbyt dużo pospać. Odpłynęłam na chwilę dopiero, gdy zanurzyłam się w kojącym wspomnieniu o pewnym niezwykle przyjemnym przytuleniu, lecz - o zgrozo - chwilę później nieustępliwy budzik wyrwał mnie z kojących ramion wrzeszcząc, że nadszeszła pora na podbudkę..
Nie da się ukryć, że nawet śpioch hobbysta czasem ma pod górkę i musi się pomęczyć, zanim wreszcie sięgnie po wymarzone złoto olimpijskie. W końcu to niepowodzenia najlepiej pokazują, w których obszarach należy jeszcze popracować, by ostatecznie doszlifować własną maestrię bez względu na dziedzinę. Zdecydowanie nie wolno się zrażać i frajersko poddawać – wszak inaczej nie ma mowy o żadnym postępie. Na szczęście rozwojowi mojej pasji sprzyja iście niedźwiedzie usposobienie; bo to, co misie lubią najbardziej, to przyjemne przytulanie i smaczne spanie, choć osobiście wolałabym zasypiać w innych ramionach niż tych Morfeusza.
***Limeryk noworocznego autsajdera***
Plan na wieczór miałam,
Idźcie, a sio! - wołałam.
Na szczęście nie posłuchali
I do tańca porwali,
"Do siego" wołali.
Każdy człowiek to zupełnie inna powieść i wynik zbieżności różnych historii, okraszonych trzepotem niejednej pary motylich skrzydeł; bowiem nieustannie, bez względu na porę dnia, intencje i okoliczności wpływamy na losy innych, wzbogacając to perpetuum mobile jakim jest życie o cząstki naszych własnych historii...
Kiedy kilku pasażerów wyraźnie zbladło i wstrzymało oddech, zorientowałam się, że w moim kierunku powoli zmierza pani sprawdzająca bilety. Od razu wyciągnęłam z kieszeni telefon i przygotowałam kod QR, żeby mieć to całe sprawdzanie z głowy. W międzyczasie odpłynęłam w powleczone kirem myśli, ale tylko na chwilę, gdyż prędko uprzykrzyło mi się trzymanie w dłoni przyciężkiego smartfonu, i wówczas dotarło do mnie, że pani kobuch rozpłynęła się w powietrzu. Może jednak miałam zwidy...? Już miałam wepchnąć komórkę z powrotem do kurtki, gdy siedząca obok mnie, wyperfumowana niezwykle popularnym w okolicy zapachem dnia wczorajszego, poszarzała na twarzy od podtrzymywanego bezdechu kobieta, cichcem czmychnęła na najbliższym przystanku. - Czyli jednak gdzieś tu jest - pomyślałam i omiotłam wzrokiem wnętrze krótkiego i o tej porze niezatłoczonego jeszcze Solarisa. Zaiste, kontrolerka była całkiem blisko, przystanęła cicho nad jednym, raczej nie zwracającym na nią uwagi pasażerem, więc z początku pomyślałam, że może tylko zawiesiła sprawdzanie na czas obsługi kolejnego przystanku. Niebawem jednak okazało się, że ubrany od stóp do głów w markowe ciuchy, wyrośnięty - na oko około trzydziestki, może nieco starszy - byczek (ewidentnie fan Górnika Zabrze), z dawno niemodnym, acz świeżo przygolonym irokezem, jechał na gapę. Młodzian ów również "bohatersko" odmówił okazania dowodu tożsamości do wystawienia mandatu, tłumacząc, że akurat dziś nie ma go przy sobie. Wszystko wskazywało na to, iż myślał, że jak będzie ignorował panią kanar i zacznie przewijać posty na Instagramie dadzą mu spokój i pojedzie dalej, jednak to był dopiero początek widowiska. Kto wie, może - jak każdy trzylatek - myślał, że jak zamknie oczy, to zniknie? Trudno powiedzieć, ewidentnie nie on pierwszy w dzisiejszych czasach nie wie, co to honor i jakby mógł, to by schował głowę w piasek. "Gdzie ci mężczyźni" pytała przez wiele lat Dauta Rinn, po czym zmarła nie uzyskawszy odpowiedzi. "Nie ma to nie ma, po co drążyć temat?" - cytując klasyka zaczęłam układać odpowiedź na jej słynną piosnekę, zresztą może pani Rinn sama zaprzestałaby dociekań, gdyby tego dnia pojechała ze mną "kosą"? Z długoterminowych obserwacji wnoszę, że w dzisiejszych czasach coraz więcej mężczyzn ma jaja tylko na papierze, a jak "nie ma, to nie ma, po co drążyć temat".
Tymczasem akcja zaczęła nabierać tempa, Mozart z Rossinim mieliby dobre libretto na operę buffa "Fochy fircyka bez biletu". Autobus obsłużył jeszcze kilka przystanków, z pozoru wszystko wyglądało spokojnie, kiedy do kontrolerki pilnującej odpicowanego lansiarza raz po raz podchodzić zaczęła jej nieco młodsza koleżanka. Usłyszałam, że do akcji miała wkroczyć policja i nasz autobus raczej daleko już nie zajedzie. - Świetnie - pomyślałam retorycznie i obrzuciłam irokeza pełnym "wdzięczności" spojrzeniem. Już dawno obiecałam sobie nie denerwować się tym, nad czym nie mam kontroli, nie pozostało mi nic innego jak obserwować jak się z tej sytuacji koleś wygramoli. Nie trzeba było długo czekać, gdyż młodzian zaczął stroszyć piórka buchając coraz to większym niezadowoleniem, które w gwałtownym crescendo coraz intensywniej podkreślał raczej mało wyszukaną łaciną podwórkową, aż wreszcie wulgaryzm doszczętnie opanował jego żałosny monolog poco a pocofurioso. W spektaklu rychło też pojawił się element choreografii, gdyż cwaniak fukając zaczął nagrywać panie rewizorki, chodzić nerwowo po pojeździe, kręcić się, wymachiwać rękami, a bluzgając zajrzał mi w oczy, najwyraźniej oczekując zrozumienia. Ziewnęłam. W tym kinie brakowało tylko chipsów i popcornu. Oczekiwanie na przyjazd policji przedłużało się nieprzyjemnie, wkróce do jazgotów rozhisteryzowanego gogusia dołączył swoją melodię podstarzały pan, który rzekomo śpieszył się na pociąg do Bielska. Teraz w warstwie literackiej, pojawiły się bardziej wyrafinowane przekleństwa, wysłyszeć dało się karalne pogróżki nie tylko w stronę pań kontrolerek, ale i broniących koleżanek kierowcy. Wzburzony bielszczanin żądał od nich zwrotu pieniędzy za bilet kolejowy, jakby to oni byli źródłem całego problemu. - Przypominamy, że to się wszystko nagrywa - oznajmił pan kierowca. - I bardzo dobrze, bardzo dobrze - odpyskował mister Adidas, nie wiedzieć czemu nadal uważając, że jest ofiarą niesprawiedliwego systemu. Błysnął też znienacka swoim dowodem osobistym, kiedy próbował go ukryć w jakiejś głębszej kieszeni. - Teraz tego nie wyciągej - doradził mu podstarzały kolega od pogróżek, również zadowolony, że wszystko się nagrywa. Ten jednak niebawem opuścił pojazd, z pasją kontynuując swoją arię bluzgów na zwenątrz. - Jak jo żałuja, że żech sie nie kupiył piywa abo jako halba! - Znienacka odezwał się mistrz drugiego planu, cały czerwony na podpuchniętej twarzy - terozki siedza sam o suchym pysku, jak tyn ciul. - Dodał. No cóż, człowiek próbuje dotrzeć na ostatnie pożegnanie, ale tego dnia to najwyraźniej w owym autobusie dział się dramat za dramatem.. Olać operę, wezwijcie Jaworowicz, kręćcie "Trudne sprawy"!
Gdy przyjechała policja, bohater dnia odburkiwał na pytania tak niezrozumiale, iż panu władzy z miejsca podskoczyło ciśnienie. - Jeszcze raz pytam, co się tutaj dzieje, dlaczego pan sprawia kłopoty?! - powtórzył policjant, domagając się grzeczniejszej odpowiedzi. - No co, jadę sobie spokojnie autobusem, BEZ biletu, a one się mnie czepiają - odpowiedział mięśniak, mimo wszystko wciąż z siebie zadowolony, a ja, niedowierzając w to, co słyszę już całkiem poważnie zaczęłam się zastanawiać kiedy pomyliłam drzwi, że dostałam się akurat do tego matrixu...
Nie przedłużając tej monty-pythonowskiej historii dodam, że ów autobus już nie pojechał dalej, trzeba było przesiąść się w następny. Wszystko, dzięki niefrasobliwości fircyka, który najwyraźniej uznał, że oryginalna ilość pasków w markowych dresach zwalnia go z zakupu biletu na przejazdy komunikacją miejską.
PS) Trzy dni później, gdy siedziałam zasłuchana w wykonania uczestników XIX KonkursuChopinowskiego, poczułam znienacka nagły podmuch wiatru, który musnął mój policzek i natychmiast poderwał firankę do żwawego tańca. - Oho, czyżby przeciąg?! - podniosłam głowę zdziwiona; w końcu kto jak kto, ale moja miksująca właśnie ciasto mama zawsze pilnuje, żeby ich unikać, tym bardziej o tej porze roku. Od razu zerknęłam na okna i zorientowałam się, że wszystkie są szczelnie zamknięte. Spojrzawszy na wciąż falującą figlarnie firankę uśmiechnęłam się smutno. - A więc to Ty... - zadumawszy się pozdrowiłam Gościa w myślach. - Do zobaczenia w tym lepszym świecie, teraz odpoczywaj w pokoju - dodałam po chwili zamyślenia i podziękowałam za wyjątkowo subtelną, pożegnalną wizytę. Wówczas biała gardina opadła delikatnie i już więcej się nie poruszyła.
Nie odkryję Ameryki mówiąc, że w związku z rozczarowaniami doznanymi od osób, którym zawierzyliśmy trudno jest ufać ludziom nowym. Ba, zgodnie z logiką, ostrożność rośnie wprost proporcjonalnie do ilości przeżytych zawodów, jednocześnie skutecznie wzmacniając mury traumatycznych blokad, a nieufność rozwija się bez względu na rodzaj relacji międzyludzkiej. Ale ok, może od początku...
Zapewnie nie jestem jedyną osobą na świecie, która nie jest szczególnie podekscytowana na myśl o wizycie u stomatologa, a miałam tak od pierwszego przekroczenia wielkich i niezwykle ciężkich, drewnianych drzwi poradni dentystycznej jeszcze na rodzinnej dzielni. Możliwe, że silna niechęć była skrupulatnie zakodowana w moim DNA przez zębowe traumy moich przodków, bowiem jak dziś pamiętam opowieść Babci o swoim (lub jej siostry) okropnym bólu, który był rezultatem złamania się wiertła w trakcie borowania, jednak przyznam szczerze, że nie jestem pewna kiedy usłyszałam tę historię, zatem trudno też powiedzieć czy akurat to był bezpośredni trigger. Faktem jest, że jak zgodnie ze wskazaniami zostałam przyprowadzona do dentysty, aby usunąć mleczne jedynki (ni dudu nie chciały same wypaść), słysząc złowieszcze wiercenie najpierw próbowałam zwiać nie wyrządzając nikomu krzywdy, a potem tak pogryzłam palce pani dentystki, że legendy długo głosiły iż musiała zszywać skórę na pogotowiu. Korzystając z chwili nieuwagi zszokowanej ofiary moich bądź co bądź silnych mleczaków podjęłam kolejną próbę ucieczki, jednakże równie nieskuteczną. Widząc poranione palce dentystki przeszło mi przez myśl iż nie wiem na co usuwać tak mocne zęby, ale długo nad tym nie myślałam. Możliwe, że ktoś zdzielił mnie patelnią w głowę, bo dalszego ciągu nie pamiętam, w każdym razie jakoś mi te zęby usunięto.
W szkole kazano nam umówić się na przegląd i potencjalne leczenie do dentysty szkolnego, którego gabinet znajdował się w pobliskiej Szkole Podstawowej Nr 3, założę się, że rozchodzący się po tamtejszym korytarzu, bezlitosny odgłos wiercenia wzbudzał trwogę wśród wszystkich, nawet największych łobuzów i nauczyciele nie mieli większych problemów z utrzymaniem dyscypliny. Szybko okazało się, iż zębami zajmowała się tam prawdziwa pani rzeźnik, która tak "skutecznie" podjęła się leczenia moich górnych szóstek iż po kilku brutalnych sesjach oraz powtarzającym się wypadaniu nieprofesjonalnie założonych plomb, okrutnie bolące zęby zdecydowała się bezapelacyjnie usunąć. Żeby przygód było mało, wysłała mnie do apteki, abym zakupiła strzykawki we własnym zakresie, ponieważ takich sprzętów w magazynku nie miała. Hm, pewnie, że nie miała, skoro do wiercenia używała wiertarki udarowej naprzemiennie z młotowiertarką i zapewne cały przydział z państwowego funduszu służby zdrowia poszedł na to i marnej jakości posrebrzany cement, który najwyraźniej bezmyślnie upychała do zębów swoich ofiar, względnie zęby wyrywała na pęczki i rozpędzona w swoim hobby przekroczyła limit budżetowych ograniczeń jeszcze na początku pierwszego semestru. Jakkolwiek, trudno się nie domyślać, iż to doświadczenie wywarło na mnie fatalny wpływ i uznałam, że nie będę więcej zgrywać bohatera, całkiem poważnie rozpatrując gibis jako najlepsze rozwiązanie w najbliższej przyszłości. Tamten ból naprawdę dał mi w kość, nie widziałam sensu, aby znów się tak męczyć. Na szczęście moja szkolna przyjaciółka wiedząc o tych dramatycznych doświadczeniach namówiła mnie, abym dała szansę stomatologowi, który był jej sąsiadem, opowiadała o nim jak o cudotwórczym Superbohaterze, do którego zjeżdzają ludzie z całej Polski.
- Pozwól mu wyleczyć chociaż jeden ząb - wytrwale powtarzała, bo trochę to trwało, zanim się zgodziłam - jeśli nie będziesz chciała do niego potem wrócić, to dam ci spokój.
Cóż, poszłam i zostałam. Zresztą, nawet kiedyś wspomniałam o nim tutaj na okoliczność bolesnej opowieści o dzięwiątce, zębie piękności. Przypominający urodą Freddiego Mercurego, posturą przytulaśnego niedźwiedzia stomatolog miał faktycznie wyjątkowe podejście.
- Poproszę o mocne znieczulenie - błagałam wpatrując się w niego przerażonymi oczami na pierwszej wizycie, kiedy już ustalił, który z zębów jest najpilniejszym priorytetem i upewnił, że nie reaguje na ciepłe, zimne, kwaśne ani słodkie.
- Nie podam ci znieczulenia - odparł spokojnie z uśmiechem - dostają je tylko faceci, bo to straszne mięczaki.
- A jak będzie bardzo bolało? - W oczach zbierały mi się łzy. - Naprawdę bardzo się boję.. - Mam talent do kamuflowania uczuć i emocji, ale wówczas mój głos drżał wyraźnie.
- Nie martw się na zapas - cierpliwie uspokajał - zaraz się przekonasz, że znieczulenie nie jest w ogóle potrzebne.
I tak w krótkim czasie, faktycznie bez znieczulenia wyleczyłam wszystkie zęby.
- Jaki to Wspaniały Dentysta - szczebiotałam zwykle przez telefon, po który sięgałam zaraz, gdy opuszczałam klinikę - to tylko naprawiony ząb, a ja czuję się od razu jakaś taka piękniejsza! - Chichotałam do wspomnianej przyjaciółki i mamy na zmianę.
Wracałam tam więc regularnie. Pan Doktor kilkakrotnie otworzył dla mnie gabinet również poza godzinami pracy, bo zdarzyło się, że jakiś domagający się atencji ząb spłatał mi wrednego figla na dzień przed koncertem.
- Jakby jeszcze coś się działo, to dzwoń od razu - zwykł powtarzać. - Wolałbym, aby to nie była niedziela, ale jak i tak wypadnie, to nie czekaj - mówił.
Tego człowieka nie dało się nie kochać. Miał wrodzoną empatię, wielkie serce i życzliwe podejście do pacjentów. Jego poczekalnia zawsze pękała w szwach, a on pomagał wszystkim, którzy przyszli, poświęcał tyle czasu ile było trzeba i nikogo nie odsyłał z kwitkiem. Ba, żaden inny stomatolog w mieście po dzień dzisiejszy nie ma tak pochlebnych opinii jak On. Niestety w okresie pandemii jego klinika przez dłuższy okres była niedostępna, a mnie jak na złość dopadła konieczność, aby ponownie odwiedzić dentystę. Prowadzona poleceniem innej serdecznej koleżanki oraz pochlebnymi opiniami paru zadowolonych pacjentów dotarłam do większej, wizualnie nieco bardziej nowoczesnej kliniki, gdzie znajduje się kilka gabinetów, a każdemu stomatologowi towarzyszy rozplotkowana asystentka. W tym miejscu panuje zupełnie inna atmosfera, niż ta, do której przywykłam u Freddiego, może i na ścianach wiszą nienaganne uśmiechy i informacje o przyjaznej stomatologii, ale równocześnie uderza bezduszna, taśmowa komercja. Na każdego pacjenta przysługuje bowiem zwykle sztywny, półgodzinny przydział czasowy, a obserwowanie zarówno pracy dentystów, jak i wywoływanych i opuszczających klinikę ludzi skojarzyło mi się z Reksiem przybijającym pieczątki w niezapomnianej, kreskówkowej czołówce, jednakże co było robić, trzeba było zaufać komuś nowemu..
Zgodnie z poleceniem próbowałam dostać się do lekarza, który okazał się być tam najbardziej obleganym, co - o naiwności - myślałam, że dobrze rokuje. Pod jego nieobecność zapisywałam się do jego bardziej dostępnego kolegi. Prędko okazało się, że dentystom tym raczej brakuje delikatności, a okazywana empatia jest wystudiowana, dlatego też mój pierwotny lęk wrócił w oka mgnieniu i siłą wodospadu. Rzecz jasna każdemu z nich na wstępie każdej z wizyt tradycyjnie obwieszczałam, że bardzo się boję, co spotkało się z kurtuazyjnymi, acz nieco niezręcznymi reakcjami. "Właściwie po co ja to mówię - przemknęło mi raz przez myśl - to zupełnie jakbym informowała faceta na pierwszej randce, że ojciec mnie porzucił, jak byłam bardzo mała, więc boję się, że i on da nogę. Porównanie kiepskie, sytuacje niby różne, ale mam wrażenie, że reakcje byłyby podobne, z cyklu: yyyyy, hyhy, niema się czego bać... tak, że tego... Przy czym facet pitnąłby od razu, a stomatolog musi zostać, bo mu za to płacą, więc ze zmieszaną miną podejmuje się zadania". Może też dlatego tak szybko ogarniali oni po kilka problemów naraz, a ja myślałam, że sytuację w szczęce mam pod kontrolą. W obliczu rosnącej konieczności udałam się tam również w tym roku, tym razem udało mi się dostać do owego poleconego lekarza.
- Co dziś robimy ?- zapytał z uśmiechem numer 92.
- Będę wdzięczna jeśli pan zerknie jak wygląda sytuacja i ją opanuje w razie konieczności, pomoże na ból spowodowany wyskakującym zawiasem i doradzi w sprawie uzupełnienia zęba usuniętego w ubiegłym roku.
Od razu przekazał wątpliwe rokowania w kwestii nawalającego zawiasu, wysłał mnie na tomografię, poinformował, że tylko dolna ósemka jest do zrobienia i trzeba usunąć kamień.
- Może to pan zrobić dzisiaj? - zapytałam.
- Jasne - odpowiedział i uwinął się zanim zdążyłam mrugnąć dwa razy, cały czas plotkując ze swoją asystentką. Na koniec przedstawił rozwiązania dotyczące uzupełnienia brakującego uzębienia (z zapałem proponowałam innowacyjne metody, lecz niestety bezinwazyjnie nie przyklejają zęba na klej, ani nie wstawiają zębowych klipsów) i powiedział, że wystarczy jak za rok przyjdę do kontroli.
Opuściłam gabinet szczęśliwa, że szczękę mam załatwioną i od razu zaczęłam dumać nad potencjalnym implantem uznając, że dobrze będzie poznać kilka niezależnych opinii. Nawiedziwszy ostatnio mojego GP postanowiłam zapytać go, co i on o tym myśli; to światły lekarz, więc wiedziałam, że przedstawi swoje obiektywne zdanie. Omawiając wszystkie za i przeciw stwierdził w końcu, że implant wydaje się być rozsądnym rozwiązaniem, bo chcąc odciążyć moją specjalnej troski trzustkę muszę dobrze gryźć, a jak tu gryźć jak brakuje zęba... Nie zwlekając udałam się do poleconego dentysty, którego gabinet rychło przypomniał mi czasy Freddiego. Byłam przekonana, że przychodzę jedynie skonsultować implant, a tymczasem ów starszy lekarz, robiąc dokładny przegląd znalazł wiele najwyraźniej przeoczonych na ostatnim przeglądzie "u Reksia" ubytków i żeby nie być gołosłownym wszystko pokazał mi na kamerze. Byłam w szoku, kiedy wyszła na jaw naprędce odbębniona fuszerka, gdyż oprócz rzeczonych ubyków także kamień nazębny okazał się być usunięty tylko po łebkach. Nie muszę chyba mówić, że ręce mi opadły i ogarnął mnie blady strach. Lekarz próbował mnie uspokoić i tak ciekawie opowiadał o zagadnieniach stomatologicznych, dokładnie i spokojnie odpowiadając na wszystkie pytania, że zapominiałam o niepokoju i wpatrywałam się w pokazywane zdjecia i inne wykresy jak zaczarowana. Może on zna Freddiego? - Pomyślałam. Na wieść o jego zbliżającej się emeryturze oblał mnie zimny pot.
- Proszę jeszcze nigdzie nie iść, ja dopiero przyszłam - błagalnie zamrugałam.
- Spokojnie, jeszcze trochę popracuję - uśmiechnął się mimowolnie.
- Bardzo się boję - bez ogródek, acz smutno dodałam, decydując się na kolejną wizytę.
- Dobrze to rozumiem i nie mam pani tego za złe - odpowiedział z empatią, a ja od razu w myślach nadałam mu ksywę "Wujek".
Do ostatniej chwili miałam nadzieję, iż znalezione ubytki to jednak nic nieznaczące odbarwienia, niestety szybko się przekonałam, że to nie były wyolbrzymione przywidzenia, a najprawdziwsza puszka Pandory. Mnie tymczasem nurtuje pytanie, czy poprzedni dentysta rzeczywiście jej nie widział, czy też umyślnie ją przeoczył...
Ponoć na łożu śmierci ludzie najbardziej żałują, że nie mieli odwagi częściej mówić "kocham cię" i być obecnymi dla tych którzy byli dla nich ważni. Cóż, lepiej to zrozumieć późno, niż w ogóle, ale z drugiej strony w obliczu ostateczności raczej nie ma już możliwości, aby zaniedbanie to naprawić. Niby wszyscy zdają sobie z tego sprawę jak ważna jest bliskość drugiego człowieka, a jednak często uważając, że nie jesteśmy jeszcze gotowi odkładamy miłość na później, przy czym zapominamy, że jutra może nie być. Ponoć to z miłości właśnie na koniec życia bedziemy rozliczani, dlaczego więc tak trudno ludziom dziś miłości sprostać?
Zawężając temat do meandrów miłości romantycznej, z obserwacji wnoszę, że za brak odwagi odpowiada nic innego, jak uparcie pielęgnowany w głowie strach, który - jak większość lęków - jest niczym innym, jak nastawioną z góry na porażkę, zwykłą, acz silną iluzją. Czasem ostrożność tłumaczy się nieudanym doświadczeniem rodziców, bądź wręcz niepowodzeniami całych generacji przodków; często bagatelizuje się swoją wartość zawczasu nawiając się na rzekomo pewne odepchnięcie i zranienie; niekiedy celebruje się ciężar szeregu własnych, pechowych doświadczeń. Niejednokrotnie bywa, że człowiek pozjadawszy wszystkie rozumy zakłada, że wszyscy przedstawiciele płci przeciwnej są "tacy sami", a zuchwałość ta częstokroć wynika i z nielicznych, lecz okrutnie bolesnych doświadczeń. Bez względu na źródło wymówek, ludzie potrafią zbudować arcytrudne do pokonania blokady i totalnie zaniechać podejmowanie kolejnych prób pracy nad miłością. Co ciekawe, ten sam zablokowany na romantyczną miłość człowiek ani myśli poddać się, kiedy ponosi porażki w innych dziedzinach i motywuje się, aż osiągnie swój cel.
- Weź, zaproś ją na kawę, spacer czy "coś" - kibicuję od dłuższego czasu zauroczonemu, serdecznemu koledze - przecież to nie musi być od razu randka - zachęcam. - Na pewno odmówi - odpowiada przekonany, bawiąc się w jasnowidza. - Nie będę ryzykować. - Skąd masz pewność? - Nie poddaję się. - Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz, może akurat ucieszy ją ruch z twojej strony? - Lepiej nie. - Odpowiada smutny, ale zdecydowany, a przecież tyle może właśnie tracić..
Podobnie zaprzyjaźniona koleżanka: - Prawie zemdlałam, jak "go" dziś spotkałam w windzie - mówi. - Było trzeba mu omdleć prosto w ramiona - podpowiedziałam "na zaś". - Co ty, przecież gdzie tam ja - wróży z fusów niedowierzania, że wszystko jest możliwe - wokół niego kręci się tyle pięknych dziewcząt... - dramatyzuje. - Kobieto, a co, jeśli akurat ty jesteś dla niego tą najpiękniejszą? Głowa do góry, cyc do przodu i ruszaj do akcji - namawiałam do działania. - Powiadają, że nie ma nic złego w tym, aby dziewczyna wykonała pierwszy krok. Niektórzy faceci są bardzo nieśmiali, a niektórzy to zwykłe dupy wołowe i nie wiedzą jak ogarnąć temat, więc czasem wystarczy ich trochę zachęcić. - Peroruję. - Może on uważa, że u ciebie nie ma żadnych szans? Nie oczekuj, że będzie ci czytać w myślach. - Proszę, jaka mądra się zrobiłam. Mogę tak prawić godzinami. - Lepiej powiedz jak mam się odkochać? - Pyta nieprzekonana. - Kochana, żebym ja to wiedziała, to już dawno sama byłabym odkochana. - Odpowiadam kręcąc głową z dezaprobatą. - Osobiście może nie piję teraz szampana, ale nie moża powiedzieć, że nie zaryzykowałam bądź, że tego żałuję.
Z okazywaniem miłości nie zawsze było słabo. Myślę, iż warto wspomnieć kilka przykładów, które świadczą to tym, że nawet brak światłowodów i dzieląca odległość nie miały dla zakochanych znaczenia, co więcej trzeba przyznać, że panowie potrafili zaskakiwać kreatywnością. Ludwig van Beethoven do dziś urzeka długim listem, napisanym do swojej tajemniczej ukochanej, który rozpoczął uroczymi słowami: "Mój aniele, moje wszystko, moje drugie ja (...)".W elaborcie tym nie brakuje czułości. Dla porównania, na myśl nasuwają mi się udostępniane na platformach społecznościowych memy, z których wynika, że dziś szczytem finezji jest zdawkowe i jakże "poetyckie": "ruchasz się?". No cóż. Często podkreśla się, że w Miłości nie słowa, a czyny mają znaczenie. Zgodnie z duchem tej idei niewątpliwie szedł Ojciec mojej szkolnej Przyjaciółki, który w ubiegłym stuleciu codziennie - przez pół roku - przmierzał PKS-em długie kilometry, aby chociaż przez chwilę pospacerować z Jej Mamą; tyle mu wystarczyło, aby się oświadczyć. W obecnych czasach natomiast często słyszę, że parę kilometrów i korki na ulicach są niepokonywalną przeszkodą, choć na szczęście nie dla wszystkich, gdyż pewien mój Kolega rzucił wszystko, by polecieć za swoją ukochaną do innego kraju, aby ją tam odnaleźć i bardzo skutecznie zawalczyć o wspólną przyszłość. Jak widać są jeszcze panowie, którzy mają jaja, równocześnie szkoda, iż jest wielu takich, którzy nie potrafią zebrać się na odwagę, aby zaprosić dziewczynę choćby do kina, nie ruszając się z tego samego miasta. Zostawmy to.
W obecnych czasach coraz częściej głośno mówi się o znaczeniu miłości własnej, zwracając uwagę, iż bez pokochania siebie najpierw niemożliwym jest, aby obdarzyć miłością kogoś innego. Zresztą, nawet słynne Przykazanie Miłości nakazuje nam miłować "bliźniego swego jak siebie samego", tym samym dość wyraźnie dając do zrozumienia, że z "pustego nie nalejesz". Trzeba zaznaczyć, że w kochaniu siebie nie chodzi o próżność, arogancję czy narcystyczny egoizm. Chodzi o zdrowy szacunek dla samego siebie.
Jeden z obserwatorów mojego Instagrama przysłał niedawno wiadomość, z której treścią trudno się nie zgodzić:
"Prawdziwa miłość nie pochodzi z pustki - pochodzi z przepełnienia. To rodzaj miłości, która rozkwita tylko wtedy, gdy naprawdę nauczysz się kochać siebie, ze wszystkimi swoimi cieniami i światłem. To miłość, która nie oczekuje niczego w zamian, ponieważ już czuje się cała. Nie przytłacza, nie wymaga, ani nie kontroluje. Po prostu jest.
Ta miłość to wolność. Patrzy na drugą osobę i mówi: "Kocham cię dokładnie takim, jakim jesteś. Nie dlatego, że mnie dopełniasz, ale dlatego, że ja już dopełniłem siebie".
Nauczyłem się, że kiedy miłość pochodzi z pełni, nie powstrzymuje cię - podnosi cię. Nie rani - leczy. Nie jest zależna - dzieli się. I właśnie taką miłością postanowiłam żyć i dawać ją światu".
Osoba ta zaznaczyła, że to jej własne słowa, aczkowiek trudno nie skojarzyć ich z Joe Dispenzą, Lorną Byrne lub podobnymi mentorami, którzy podkreślają wagę miłości własnej i jej wpływ na relacje z bliźnimi. Obserwując ludzi w dzisiejszych czasach, gołym okiem widać, że zdecydowana większość nie widzi miłości w ten sposób. Tendencyjnym jest poszukiwanie aprobaty u drugiego człowieka, spodziewając się, że to on uzupełni deficyty miłości; mało kto rozumie, że bez kochania siebie zawsze będzie się czuło miłości niedosyt, a to raczej negatywnie odbija się na trwałości związków. Abstrahując od toksyczności takich relacji, osoba, od której oczekuje się ciągłego okazywania i udowadniania miłości raczej podda się przytłoczona ciężarem niekończących się żądań. Smutnym jest również uciekanie się do różnego rodzaju technik manipulacji. Miłość nie potrzebuje nieuczciwych gier, ani kontroli, nie ma nic wspólnego z obsesją i wymuszaniem. Jej podstawą jest zaufanie, bezpośredniość, wolność oraz uczciwość.
Od wielu lat udostępniam na Szajsbuku zdjęcia z sercami, które nieoczekiwanie ubarwiają mi codzienność; w ostatnich miesiącach widzę je i uwieczniam coraz częściej. Niektórzy myślą, że specjalnie je preparuję i wierzą w ich oryginalność dopiero, gdy są naocznymi świadkami moich odkryć. Osobiście uważam, że to mój Anioł Stróż cichcem podrzuca je, żeby poprawić mi humor, nie muszę chyba tłumaczyć jak bardzo uskrzydla mnie, kiedy znajomi podsyłają mi także swoje sercowe znaleziska. Kiedy kilka tygodni temu zachęcono mnie, żebym otworzyła na Instagramie osobne konto dedykowane tym sercowym perełkom, byłam przez chwilę sceptyczna. W końcu jednak uznałam, że to faktycznie całkiem dobry pomysł, zwłaszcza, iż obecnie ludzie koncentrują się przede wszystkim na tym, co złe i negatywne, obficie plując jadem jak tylko coś nie idzie po ich myśli, więc wbrew hejterskim trendom zdecydowałam się iść pod prąd i dodawać treści kojarzone z miłością. Mając nadzieję, że mogą one przynieść coś dobrego choć jednej osobie, rozpoczęłam nienachalną influencerską przygodę. Obserwatorów nie mam wielu, ale przyznać muszę, że wzruszam się, ile razy dostaję sygnał, iż moja "misja" ma sens i warto działać dalej:
(...) Z niecierpliwością czekam na Twoje posty - a jestem wielkim, "warczącym" mężczyzną! - napisał kilka dni temu jeden z Nowych Znajomych. - Jestem pewien, że okazywanie miłości w coraz bardziej bezprawnym i pozbawionym miłości świecie wymaga odwagi. Zgaduję, że większość nawet nie wie, jak zareagować. (...) Mam szczerą nadzieję, że otrzymasz tyle dobroci, ile dajesz. (...) sprawiasz, że ludzie czują nadzieję. Dobre rzeczy wciąż się zdarzają!
Ergo, czy możecie wyobrazić sobie, jaki świat byłby piękny, gdyby cała ludzkość na miłość przeniosła swoją uwagę?
Zamykając powoli temat myślę, że warto również przypomnieć, iż miłość to nie desperacja, która boi się samotności na starość i popycha do podejmowania błędnych decyzji, na siłę próbując założyć rodzinę. Mam nadzieję oczywistym jest także, iż miłości obca jest zasada "oko za oko".
- Jak ci idzie poszukiwanie chłopaka? - swego czasu całkiem regularnie pytał Ktoś Zaprzyjaźniony, kto pojęcia nie miał o moim chronicznie okupowanym sercu. - Codziennie z zapałem przetrząsam katalog Amazona, ale niestety nadal nie oferują tam ciekawego towaru - żartowałam z przekąsem. - Zresztą, nie ma się co łudzić, w moim wieku nie ma już wolnych facetów, ewentualnie rozwodnicy po dramatycznych przejściach, nieokiełznani nałogowcy i mniej lub bardziej kryptogeje - kwitowałam reasumując.
Śmiechy śmiechami, ale z całego serca kibicuję każdej miłości i mimo wszystko w Nią wierzę, bo ta "prawdziwa":
"(...) cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, (...) Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jest miłość." (1Kor, 13, 4-13)
Na koniec pozwolę sobie dodać, że miłość nie ocenia i nie znika nawet, kiedy trafia jej się "cymbał brzmiący". Zatem Kochani, nie bójcie się miłości, niech jej moc będzie zawsze z Wami! Wszak jutra może nie być.. ❤️