30 marca 2026

Marchewkowe Archiwum X

Jakiś czas temu, moja współlokatorka przyszła do mnie podekscytowana i wyszczebiotała:
- Daj mi przepis na tę zupę! - Powiedziała. - Jest przepyszna!
- Jaką zupę? - Zapytałam  skołowana, bo akurat żadnej nie ugotowałam. 
- Tę z mięsem - odpowiedziała z iskrami w oczach, naprowadzając mnie na właściwy trop. - To naprawdę rewelacja!
- Poważnie? - Byłam zaskoczona, tym bardziej, iż wspomnianego dania sama jeszcze nie próbowałam.
- Koniecznie daj mi przepis! - Powtórzyła, a ja się roześmiałam.
- Obawiam się, że przepis nie istnieje, to była wielka improwizacja, ale skoro to takie dobre, to póki pamiętam zapiszę co tam zmieszałam - obiecałam i ubawiona doprecyzowałam, iż mimo wszystko nie była to zupa.

Niemniej jednak bardzo mnie ucieszyła wiadomość o moim nieoczekiwanym sukcesie kulinarnym i choć danie, o którym mówiła było według mojego zamysłu jedynie jednogarnkową potrawką z indyka, to fakt, z powodów zdrowotnych nie zagęszczałam sosu, a z braku miejsca w garnku nie dodałam do niego ziemniaków, co modyfikowało definicję posiłku do dania dwugarnkowego umożliwiając spożywanie go na wiele możliwości oraz sposobów; faktycznie, można je było zjeść nawet jako zupę. 

Jako, że człowiek znowu nie jest taki, żeby nie lubił sprawiać przyjemności zachwyconym głodomorom, w ubiegły czwartek obwieściłam koleżance, że w weekend spróbuję odtworzyć spontaniczną recepturę z moich niedawnych, kuchennych rewolucji, a ta zatarła ręce. Zakupiwszy w piątek mięso, chciałam je jedynie wstępnie przygotować, jednak jego zapach zasugerował, że nie powinnam zwlekać i chcąc je jeszcze uratować musiałam działać szybko. Było już bardzo późno, jednak proces na szczęście przebiegał sprawnie, aż zabrałam się za ostatni element układanki. Otóż krojąc w talarki kilka marchewek odkryłam, iż faktycznie, napis na opakowaniu nie kłamie i są one na wskroś organiczne, bo jedna z nich, do połowy zawierała ślady istot pełzających, powszechnie zwanych przez ludzkość robakami, a to skołoniło mnie do refleksji - czy jeśli fanatyczny weganin spożyje taką marchewkę, to przestaje być weganinem? Czy dręczą go potem wyrzuty sumienia?

Nie ma to jak być zmęczonym i zacząć dryfować po filozoficznym morzu etyki wegańskiej. Akurat wisiałam na telefonie, więc krótko obdyskutowałam temat z kolegą, przy okazji rozważyliśmy również wystąpienie potencjalnych rozstępów wewnętrznych interesująco podziurawionego w środku warzywa, a także marchewkowe przetoki, które - na szczęście dla marchewki - nie wykazywały żadnych oznak stanu zapalnego i obyło się bez daleszego pobrania wycinków do marchewkowej histopatologii. Następnie upewniwszy się, że w zasięgu mojego wzroku nie widać żadnych istot bardziej żywych niż sama marchewka i - na nieszczęście dla marchewki - wrzuciłam wszystkie plasterki do garnka, równocześnie zastanawiając się, czy wkrótce wypłynie na wierzch jakiś nadprogramowy partyzant. 

Po zagotowaniu zmniejszyłam ogień, aby indyk się mógł dusić w atmosferze zasłużonego relaksu i wieczornej refleksji, i na moment zupełnie zapomniałam o tajemniczej, dziurawej marchewce. Kiedy jednak przyszłam zamieszać bulgoczącą potrawkę, delektując się iście wiosennymi kolorami, zauważyłam mnożące się na powierzchni czarne, około półcentymetrowe, czarne kreseczki. Co tu robi kminek - pomyślałam, po czym oczy niemal nie wyszły mi z orbit, ponieważ nie wrzucałam żadnych przypraw! Nie dam się tym robalom - ze zmęczenia ledwie widziałam na oczy, ale zdecydowałam się wszystkie wyłowić. - Przecież nie wyrzucę całego jedzenia z powodu tych cienkich kreseczek! Nie zdołałam ocenić, czy to jakieś mikroślimaczki, czy jedynie chude glizdki. Byłam zaskoczona ich kolorem i zastanawiałam się jak te paskudztwa w takiej ilości zdołały się ukryć w kawałku marchewki; polowałam na dziadostwo uparcie, aż w zasięgu wzroku nie pływała już żadna, podejrzana kreseczka. 
Na wszelki wypadek następnego dnia sprawdziłam, czy czegoś nie przeoczyłam. Teren wyglądał na czysty, więc odetchnęłam z ulgą. Na obiad tego dnia planowałam zjeść ostatni kawałek duszonej karkówki i uznałam, że sos, jaki zostanie - dla odmiany - doleję do dania z indyka, wszak nic nie może się zmarnować. Tutaj muszę zdradzić, że to właśnie sos własny z karkówki jest jednym z bazowych składników mojego improwizowanego przepisu. Przelawszy tłuszcz do garnka z duszonym drobiem przeraziłam się nie na żarty. Oto moim oczom ukazało się znowu morze czarnych, półcentymentrowych kreseczek. No nie! Jak ja teraz rozróżnię czy to robal, czy tymianek?! Na krótki czas zmroziło mnie i ręce mi opadły, po czym mnie olśniło i złapałam się za głowę. Tymianek!!! Przez ten cały czas uparcie wyławiałam tymianek, który dodałam do karkówkowej marynaty... 

Zaiste, "błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z własnej głupoty, albowiem będą mieć ubaw do końca życia”.