18 lutego 2026

Śpioch hobbysta

Niedawno zapytano mnie, czy jest jakaś dyscyplina sportowa, w której mogłabym się zwycięsko zaprezentować na zimowych igrzyskach. Przeanalizowawszy prędko moje wybitne zdolności narciarskie, fikuśne upadki oraz talent do jeżdżenia przodem w kółko po lodowisku odpowiedziałam zdecydowanie:
- Sen zimowy! Ba - dodałam - kto wie, czy nie zakwalifikowałabym się do konkurencji z artystycznym chrapaniem! Jednak tutaj musiałabym zasięgnąć opinii personalnego trenera, a ponieważ trenuję samodzielnie, nie mam w tej kwestii żadnej wiarygodnej informacji zwrotnej; sam Morfeusz milczy jak zaklęty.
Nie obyło się bez licytacji, nagle każdy był ekspertem od spania jak suseł, nonszalancko chwaląc się swoimi rekordami.
- Co wy tam wiecie o długim spaniu - przekomarzałam się zarozumiale - jeśli chodzi o to, bezsprzecznie jestem niedoścignionym mistrzem! W końcu w przeszłości zdarzyło mi się spać cięgiem ponad piętnaście godzin, a w szpitalnych okolicznościach przesypiałam całe dnie, z małymi, wymuszonymi przerwami na doczołganie się do toalety. 
Tak między nami, to wychodzę z założenia, że powinnam urodzić się niedźwiedziem, dzięki czemu zgodnie z rytmem dyktowanym przez naturę zapadałabym w regularny, legalny, błogi sen zimowy. Owszem, bycie człowiekiem ma też jakieś tam swoje dobre strony, bo w końcu na jawie mam o wiele więcej zainteresowań, które skutecznie chronią mnie przed życiową nudą, jednak od dziecka śpiochowe hobby zgłębiam wytrwale i zaiste, jestem bardzo marudna, kiedy dobrze się nie wyśpię. 

Cóż, czasem ogarnia mnie taka autentyczna niemoc, że bez względu na porę dnia w kółko bym spała i spała, bądź po prostu bezwiednie zapadam w serię przerywanych drzemek tłumacząc sobie, że za chwilę na pewno wstanę i coś porobię. Trochę to trwa zanim skojarzę, że znowu bardziej niż zwykle spadło mi ciśnienie, a pomiar natychmiast potwierdza owo przypuszczenie, wykluczając patologiczne lenistwo. Gdy podzieliłam się wynikiem najnowszego odczytu z moim prywatnym Klubem spod Ciśnieniomierza, od razu posypały się złote rady: 
- Kawę wypij - napisał Tomek, choć na kawę było już zbyt późno.
- Wyjdź za mąż... Mąż zadba o wysokie ciśnienie - niekoniecznie zażartował znający się na rzeczy Paweł.
- Myślałam, że mi dobrze życzysz - mimo wszystko jego pomysł bardzo mnie rozbawił.
- Nie inaczej - kuzyn nie ustępował, lecz ja przyznaję, że chyba jednak wolę kontynuować słodkie spanie.

Niestety, zdarzają się i sytuacje, w których zasnąć nie potrafię. Choć są to incydenty raczej rzadkie, to irytują mnie najbardziej; szczególnie kiedy moje ciało i umysł są na wskroś przemęczone i potrzebują odpocząć bardziej, niż desperacko. Wtedy na nic zdaje się mocniejsze zaciskanie powiek, różne (zwykle działające) ćwiczenia oddechowe, czy uspokajające medytacje... Tak też przydarzyło mi się ostatnio, przy czym w ramach kumulacji, po długiej przerwie od podobnych przygód próbował mnie dopaść dodatkowo paraliż senny; kto doświadczył wizyt zmor nocnych ten wie, że jest to nic przyjemnego. Osobiście nauczyłam się wychodzić z takich stanów upiornych halucynacji szybko, bez strachu i nadmiernego szarpania w bezwładnym wówczas ciele. Zresztą, jeśli pamięć mnie nie myli, opisywałam tu na blogu przynajmniej jedno takie zdarzenie, kiedy łażącego po mnie w kółko demona zaskoczyłam wołając "mam cię!", po czym spławiłam go krótką modlitwą. Ostatnio jednak byłam tak zdenerwowana faktem niezasypiania, że jak tylko usłyszałam charakterystyczną muzykę i poczułam zbliżającą się przytłaczającą, mroczną energię, bez zastanowienia fuknęłam na zjawę: "spierdzielaj mi stąd!", a ta o dziwo posłuchała i zniknęła w oka mgnieniu. Mimo to tamtej nocy nie było mi dane zbyt dużo pospać. Odpłynęłam na chwilę dopiero, gdy zanurzyłam się w kojącym wspomnieniu o pewnym niezwykle przyjemnym przytuleniu, lecz - o zgrozo - chwilę później nieustępliwy budzik wyrwał mnie z kojących ramion wrzeszcząc, że nadszeszła pora na podbudkę..

Nie da się ukryć, że nawet śpioch hobbysta czasem ma pod górkę i musi się pomęczyć, zanim wreszcie sięgnie po wymarzone złoto olimpijskie. W końcu to niepowodzenia najlepiej pokazują, w których obszarach należy jeszcze popracować, by ostatecznie doszlifować własną maestrię bez względu na dziedzinę. Zdecydowanie nie wolno się zrażać i frajersko poddawać – wszak inaczej nie ma mowy o żadnym postępie. Na szczęście rozwojowi mojej pasji sprzyja iście niedźwiedzie usposobienie; bo to, co misie lubią najbardziej, to przyjemne przytulanie i smaczne spanie, choć osobiście wolałabym zasypiać w innych ramionach niż tych Morfeusza.



01 stycznia 2026

Doroczny Limeryk Noworoczny

***Limeryk noworocznego autsajdera*** Plan na wieczór miałam, Idźcie, a sio! - wołałam. Na szczęście nie posłuchali I do tańca porwali, "Do siego" wołali.