Niedawno zapytano mnie, czy jest jakaś dyscyplina sportowa, w której mogłabym się zwycięsko zaprezentować na zimowych igrzyskach. Przeanalizowawszy prędko moje wybitne zdolności narciarskie, fikuśne upadki oraz talent do jeżdżenia przodem w kółko po lodowisku odpowiedziałam zdecydowanie:
- Sen zimowy! Ba - dodałam - kto wie, czy nie zakwalifikowałabym się do konkurencji z artystycznym chrapaniem! Jednak tutaj musiałabym zasięgnąć opinii personalnego trenera, a ponieważ trenuję samodzielnie, nie mam w tej kwestii żadnej wiarygodnej informacji zwrotnej; sam Morfeusz milczy jak zaklęty.
Nie obyło się bez licytacji, nagle każdy był ekspertem od spania jak suseł, nonszalancko chwaląc się swoimi rekordami.
Nie obyło się bez licytacji, nagle każdy był ekspertem od spania jak suseł, nonszalancko chwaląc się swoimi rekordami.
- Co wy tam wiecie o długim spaniu - przekomarzałam się zarozumiale - jeśli chodzi o to, bezsprzecznie jestem niedoścignionym mistrzem! W końcu w przeszłości zdarzyło mi się spać cięgiem ponad piętnaście godzin, a w szpitalnych okolicznościach przesypiałam całe dnie, z małymi, wymuszonymi przerwami na doczołganie się do toalety.
Tak między nami, to wychodzę z założenia, że powinnam urodzić się niedźwiedziem, dzięki czemu zgodnie z rytmem dyktowanym przez naturę zapadałabym w regularny, legalny, błogi sen zimowy. Owszem, bycie człowiekiem ma też jakieś tam swoje dobre strony, bo w końcu na jawie mam o wiele więcej zainteresowań, które skutecznie chronią mnie przed życiową nudą, jednak od dziecka śpiochowe hobby zgłębiam wytrwale i zaiste, jestem bardzo marudna, kiedy dobrze się nie wyśpię.
Cóż, czasem ogarnia mnie taka autentyczna niemoc, że bez względu na porę dnia w kółko bym spała i spała, bądź po prostu bezwiednie zapadam w serię przerywanych drzemek tłumacząc sobie, że za chwilę na pewno wstanę i coś porobię. Trochę to trwa zanim skojarzę, że znowu bardziej niż zwykle spadło mi ciśnienie, a pomiar natychmiast potwierdza owo przypuszczenie, wykluczając patologiczne lenistwo. Gdy podzieliłam się wynikiem najnowszego odczytu z moim prywatnym Klubem spod Ciśnieniomierza, od razu posypały się złote rady:
- Kawę wypij - napisał Tomek, choć na kawę było już zbyt późno.
- Wyjdź za mąż... Mąż zadba o wysokie ciśnienie - niekoniecznie zażartował znający się na rzeczy Paweł.
- Myślałam, że mi dobrze życzysz - mimo wszystko jego pomysł bardzo mnie rozbawił.
- Nie inaczej - kuzyn nie ustępował, lecz ja przyznaję, że chyba jednak wolę kontynuować słodkie spanie.
Niestety, zdarzają się i sytuacje, w których zasnąć nie potrafię. Choć są to incydenty raczej rzadkie, to irytują mnie najbardziej; szczególnie kiedy moje ciało i umysł są na wskroś przemęczone i potrzebują odpocząć bardziej, niż desperacko. Wtedy na nic zdaje się mocniejsze zaciskanie powiek, różne (zwykle działające) ćwiczenia oddechowe, czy uspokajające medytacje... Tak też przydarzyło mi się ostatnio, przy czym w ramach kumulacji, po długiej przerwie od podobnych przygód próbował mnie dopaść dodatkowo paraliż senny; kto doświadczył wizyt zmor nocnych ten wie, że jest to nic przyjemnego. Osobiście nauczyłam się wychodzić z takich stanów upiornych halucynacji szybko, bez strachu i nadmiernego szarpania w bezwładnym wówczas ciele. Zresztą, jeśli pamięć mnie nie myli, opisywałam tu na blogu przynajmniej jedno takie zdarzenie, kiedy łażącego po mnie w kółko demona zaskoczyłam wołając "mam cię!", po czym spławiłam go krótką modlitwą. Ostatnio jednak byłam tak zdenerwowana faktem niezasypiania, że jak tylko usłyszałam charakterystyczną muzykę i poczułam zbliżającą się przytłaczającą, mroczną energię, bez zastanowienia fuknęłam na zjawę: "spierdzielaj mi stąd!", a ta o dziwo posłuchała i zniknęła w oka mgnieniu. Mimo to tamtej nocy nie było mi dane zbyt dużo pospać. Odpłynęłam na chwilę dopiero, gdy zanurzyłam się w kojącym wspomnieniu o pewnym niezwykle przyjemnym przytuleniu, lecz - o zgrozo - chwilę później nieustępliwy budzik wyrwał mnie z kojących ramion wrzeszcząc, że nadszeszła pora na podbudkę..
Nie da się ukryć, że nawet śpioch hobbysta czasem ma pod górkę i musi się pomęczyć, zanim wreszcie sięgnie po wymarzone złoto olimpijskie. W końcu to niepowodzenia najlepiej pokazują, w których obszarach należy jeszcze popracować, by ostatecznie doszlifować własną maestrię bez względu na dziedzinę. Zdecydowanie nie wolno się zrażać i frajersko poddawać – wszak inaczej nie ma mowy o żadnym postępie. Na szczęście rozwojowi mojej pasji sprzyja iście niedźwiedzie usposobienie; bo to, co misie lubią najbardziej, to przyjemne przytulanie i smaczne spanie, choć osobiście wolałabym zasypiać w innych ramionach niż tych Morfeusza.
